poniedziałek, 29 grudnia 2014

Pięć tanich, dostępnych, skutecznych w mojej kosmetyczce. Grudniowe odkrycia.

Ostatnio było trochę droższych kosmetyków, trochę kontrowersji przy masce Glamglow, która na pewno da się zastąpić czymś tańszym. Jeśli się da, to czemu tego nie zrobić? Myślę, że w kosmetyczce każdej z nas znajdują się takie tanie perełki bez których nie wyobrażamy sobie życia.
Oto kilka, które znalazły się ostatnio w mojej kosmetyczce:

1. Rival de Loop Clean and Clear, czyli bezalkoholowy micel z kwasem salicylinowym. Nie radzi sobie najlepiej z dobrym eyelinerem, ale ma wielki plus za skład, więc zazwyczaj zmywam nim podkład z twarzy, a potem dopiero myję ją żelem.



2. Olejek herbaciany. Działa antybakteryjnie, pomaga w leczeniu stanów zapalnych i trądziku. Stał się wybawieniem dla micela z Garniera, który niezbyt dobrze lubił się z moją skórą. Kropla olejku herbacianego na wacik odmieniła zupełnie życie micela.




3. Lakiery wibo. Skusiłam się na dwa kolory: 12 i 15. Obydwa cudowne, jedna warstwa wystarcza w zupełności i jest mega kryjąca. Szara 12stka z drobinkami to jedna mój większy faworyt.



4. Bania Agafii. Rosyjska maska regenerująca którą znają chyba wszyscy. 10 minut na głowie, a włosy stają się błyszczące, miękkie i przestają się puszyć. Mam zamiar wypróbować resztę z tej serii.



5. Krem tonizujący z zielonej herbaty. Kolejny rosyjski kosmetyk, który bardzo dobrze u mnie działa. Co prawda wolę go stosować wieczorem niż rano, ale bardzo dobrze nawilża, a przy tym cudownie pachnie!


A wy macie swoje tanie i niezawodne kosmetyki? Jeśli tak, to wspomnijcie o nich w komentarzach :)

niedziela, 21 grudnia 2014

W zimie stawiamy na ... nawilżanie! czyli Vichy Aqualia Thermal Serum.

Mam problemy z cerą od... zawsze. Cera mieszana zimą jest szczególnie nieznośna (no dobra, latem też, wiosną i jesienią również :) ) dlatego, że policzki stają się u mnie suche jak wiór i sama nie wiem jak to możliwe, że na suchych policzkach tworzą się zaskórniki i inne niespodzianki, które zawsze wydawały się być domeną skóry tłustej i takiej nie powinno się nawilżać.
Jest to jednym słowem bzdura. Cera skłonna do niedoskonałości, tłusta czy mieszana a już na pewno sucha - wszystkie te cery powinny być regularnie nawilżane.

Wiadomo jednak, że każda z nich powinna być nawilżana inaczej. Na skórę mieszaną, czy tłustą, skłonną do niedoskonałości nie będziemy nakładać ciężkich kremów, które często działają zapychająco. Dzisiaj właśnie chciałabym opowiedzieć wam o moim ulubionym nawilżaczu.
Wpadłam na niego z polecenia jednej z zagranicznych youtuberek. I już chyba nigdy się z nim nie rozstanę. Przynajmniej narazie.




 Kilka słów od producenta:

Nawilżenie przez 48H.
Poprawa sprężystości.
Oznaki odwodnienia skóry zredukowane.
Skóra bardziej promienna.

Woda Termalna z Vichy w połączeniu z trzema energetyzującymi cukrami [KWAS HIALURONOWY + AQUABIORYL™ + λ-KARAGEN] aby przywrócić równomierne nawilżenie we wszystkich obszarach twarzy.


Nie wiem, czy nawilżenie utrzymuję się przez 48h, bo używam go rano i wieczorem. Wiem na pewno, ze stan mojej skóry bardzo się poprawił. Był okres, kiedy nawet nie zdawałam sobie sprawy, że moja skóra potrzebuje nawilżenia. Świeciła się tu i ówdzie więc stroniłam od kremów nawilżających i olejków, co oczywiście jest podstawowym błędem w pielęgnacji (brakiem mojej wiedzy, bo nikt nigdy mi nie powiedział jak powinnam dobrze dbać o buzię).
Rozwiązał raz na zawsze problem suchych skórek, bo idealnie nadaje się pod makijaż, od razu się wchłania, jest lekki i półpłynny, nie zostawia klejącej się warstwy, ani niczego innego, oprócz miękkiej i gładkiej skóry.
Producent zapewnia, że formuła jest hipoalergiczna, testowana na skórze wrażliwej.

Lubię jego zapach i elegancką buteleczkę. Udało mi się je kupić na promocji w aptece ziko, ale skuszę się nawet w regularnej cenie. Jedyna wada to dośc kiepska wydajność, chociaż mnie na każdy policzek wystarcza pół pompki. Myślę, że spokojnie starczy na miesiąc albo półtora.
Planuję również wypróbować krem Aqualia Thermal Spa na noc, ale jeszcze nie teraz.

Jakie jest wasze ulubione serum albo krem nawilżający?


piątek, 12 grudnia 2014

Maska Glamglow, czyli czemu wszyscy jej pragniemy.

Jest to najbardziej pożądana maska w kręgach blogosfery. Ja sama nigdy w życiu bym o niej nie usłyszała gdyby nie właśnie założenie bloga. Oczywiście zaporowa cena (bo umówmy się, że 199zł za 50ml przyjemności to dla większości normalnych ludzi cena nie do przeskoczenia) wcale nie zachęca do kupienia.
Czy jest warta swojej ceny? I dlaczego wszyscy jej pragniemy?
I co takiego czyni ją niepowtarzalną? To właśnie próbowałam zrozumieć.



Zacznijmy od tego co o maseczce mówi sam producent:

Holliwoodzki sekret piękna i młodości. Marka uznana w świecie wielkich produkcji filmowych, pokazów mody, sesji fotograficznych największych gwiazd.
W mgnieniu oka gładka cera o młodzieńczym balsku! A to wszystko za sprawą 3 ekskluzywnych składników:
- TEAOXI® - innowacyjna formuła o działaniu przeciwstarzeniowym i przeciwzmarszczkowym, pobudzająca syntezę kolagenu
- FRANCUSKA GLINKA o działaniu minimalizującym pory i chroniącym przed zanieczyszczeniami
- SKAŁA WULKANICZNA – delikatnie złuszcza naskórek, usuwając obumarłe komórki, wygładza i zmiękcza drobne linie, sprawiając że cera w mgnieniu oka wygląda młodziej.
Upiększająca maska nadaje się dla wszystkich typów skóry, dla kobiet i mężczyzn, niezależnie od wieku.


Na wizażu i stronie douglasa jak i w blogosferze znajdziemy bardzo dużo skrajnych opinii. Zaczynając od tych mówiących, że maska Glamglow to cud nad cudami, kończących na tych, który oczekiwali chyba od maseczki za taką cenę całkowitej zmiany wyglądu i sa niestety zawiedzeni, że po aplikacji twarz jest taka sama.
No i chyba już w znaczący sposób zdradziłam swoje podejście do tego produktu. Polubiłam się z Glamglow. Oczywiście pierwsza aplikacja była dla mnie koszmarna.
Nie byłam przygotowana psychicznie na tak palące rozgrzewanie twarzy przez przynajmniej 10 minut. Naprawdę myślałam, że wyjdę z siebie i zaraz pobiegnę zmyć to cholerstwo. Dzielnie jednak wytrzymałam i bardzo dobrze, że tak zrobiłam.



Sam zapach maski jest dość ciekawy, intensywny, ale nie przeszkadza i nie drażni. Opakowanie jest klasyczne i podoba mi się bardzo w każdym z produktów tej firmy. Konsystencja maski jest taka jak wszystkich błotnych maseczek i zawiera ona dobrze widoczne kawałki skały wulkanicznej, które właśnie są odpowiedzialne za złuszczanie skóry.

Maseczkę powinno się trzymać na twarzy około 20 minut, więc ja zawsze aplikuje ją w wannie, czytam książkę albo gazetę i czekam aż wyschnie.
Następnie zmywając kulistymi ruchami dłoni, masując, możemy wyczuć jak kawałki skały i wszystkich innych cudownych rzeczy zawartych w maseczce ścierają martwy naskórek.

Po zmyciu skóra ma tendencję do bycia zaczerwienioną, jednak efekt ten znika po kilkunastu minutach. I możemy cieszyć się miękką skórą.

I teraz ostateczna opinia:

Maseczka robi to co powinna i robi to dobrze. Jej cena jest wysoka, ale umówmy się, że nie możemy oczekiwać przez to niestworzonych rzeczy.
Jeśli ktoś uważa, że maseczka całkowicie odmieni jego twarz, życie, raz na zawsze usunie wszystkie problemy z cerą to niestety będzie zawiedziony. 
Wydaje mi się, że opinia tutaj bardzo zależy od tego właśnie jak dużo oczekujemy po takiej maseczce. Jeśli dobrego złuszczenia, miękkości skóry i przede wszystkim jesteśmy ciekawi produktu, to ja jak najbardziej polecam, bo maska Glamglow to dość spora legenda i warto chociaż raz w życiu jej spróbować.
Cena to jej dość spora wada, ale nie oszukujmy się - na rynku są maski o podobnej kwocie, nawet o wyższej. Każdy ma swoją półkę cenową i na każdej można znaleźć naprawdę dobrą maskę.

Bo jestem pewna, że znajdziemy maskę dającą dobry efekt na dużo tańszej półce, ale to mimo wszystko nie będzie to samo i zapewniam, że będziecie czuły pewien niedosyt. Bo ja nakładam inne maski, ale dopiero gdy w ten jeden dzień w tygodniu nałożę Glamglow i poczuje to rozgrzewanie jestem usatysfakcjonowana.

Jeśli się skończy to na pewno kiedyś do niej wrócę, ale chcę również przetestować jej niebieską nawilżającą siostrę i mam też na swojej liście kilka innych produktów, które chcę przetestować.
Cieszę się, że miałam możliwość przetestować Glamglow i cieszę się, że pomimo tego, że kiedyś myślałam, że ta maska jest cudotwórcą i całkowicie zmieni moje życie to mój tok myślenia się zmienił, oczekiwałam rzeczy realnych i nie zawiodłam się.

Zdjęcia zrobiłam korzystając z odrobiny promieni słonecznych, które zawitały dzisiaj do Krakowa. Trochę słoneczka i humor od razu jakiś taki lepszy.

Korzystając z okazji chciałabym was zaprosić na rozdanie:


KLIK 

sobota, 29 listopada 2014

Jesienne nowości do włosów.

Jesień zawitała do nas już na dobre. Szczerze powiedziawszy to jest już coraz bliżej zimy. Aż się nie chce wierzyć, że już za tydzień mikołajki.
Ostatni miesiąc był u mnie bardzo zapracowany i dodatkowo moja lustrzanka odmówiła posłuszeństwa, dobrze, że już do mnie wróciła.
Ostatnio też nie miałam okazji dobrze zaszaleć z kosmetykami. Uporczywie zbieram na szczoteczkę Clarsonic, aby móc sobie sprawić prezent na mikołajki. Promocja w Rossmannie mnie nie przekonała w tym roku, nie miałam też jakiś zachcianek w Rossmannie. Ostatnio stawiam na pielęgnacje.
Dzisiaj o włosach.



Walczę z wypadaniem już od jakiegoś czasu, ponieważ moje osłabione włosy mają do tego skłonność. Czeka mnie jeszcze jedno radykalne cięcie zanim zetnę wszystkie zniszczone włosy.
A teraz do pielęgnacji. Pokochałam olejowanie wraz z dniem, kiedy pierwszy raz weszłam na bloga Anwen. Dlatego ostatnio do mojej pielęgnacji dołączył Dabur, Vatika, Olej do włosów z czarnuszki. Dla osób zaczynających olejowanie na pewno będzie spisywał się bardzo dobrze. Jak dla mnie pozostawia on mały niedosyt i chociaż  nie jestem jeszcze nawet w połowie buteleczki, to wiem jedynie, że moje końcówki bardzo się z nim polubiły. Nie zauważyłam przyspieszonego wzrostu włosów, ani jakiegoś świetnego działania na samą ich kondycję. Nie poddaję się, wierzę, że być może po regularnym zużywaniu olejku i dobicia do dna, uznam, że ten olej jest niezastąpiony. Na dzień dzisiejszy niestety się tak nie czuję. Być może teraz pola na jakiś sezamowy.
Kolejne produkty to Maska i Szampon od Seboradin FitoCell. Z maską polubiłam się od pierwszego użycia. Świetnie nawilża włosy, które są po niej gładkie i miękkie. Nie mogę przestać ich dotykać, są takie cudowne w dotyku!
Kolejna maska firmy Seboradin pachnie tak cudownie, kocham ten długo utrzymujący się zapach. Jak widzicie prawie dobiła już dna.



Ostatnio wróciłam też do sławnego ElixiruOdżywczego z L'Oreala który służy mi do zabezpieczania końcówek oraz olejku Brzoza&Pomarańcza Alterra. Oczywiście w dalszym ciągu używam maski Kallosa Keratin. Chociaż mam ochotę wypróbować Chocolate i Color.

Długo mnie nie było, teraz już będę częściej, obiecuję :) W planach mam post z denkiem, nowości z kolorówki i recenzję sływnej maski Glamglow.

czwartek, 30 października 2014

Effeclar duo + a Pharmaceris.

Kilka miesięcy temu dostałam do przetestowania Effeclar Duo +. Ponieważ nie miałam do czynienia z wcześniejszą wersją więc trudno ustosunkowywać mi się do opinii, że jest mniej wydajny, czy też, że lepiej czy gorzej działa.
Postanowiłam więc porównać go z produktem, który zakupiłam już dawno temu - Kremem z 10% kwasem migdałowym firmy Pharmaceris.
Od obu produktów oczekiwałam tego samego - aby w końcu stan mojej skóry się polepszył.
Teraz mam zamiar trochę opowiedzieć wam o tym jak to moje spotkanie z tymi produktami się zakończyło.

Pharmaceris kupiłam mając w głowie, że 5% to za mało i że 10% będzie w sam raz. Pani w aptece mnie również przekonała, że takie stężenie powinno być odpowiednie.
Sama buteleczka jest dość klasyczna, biało-zielona, plastikowa z wbudowanym dozownikiem, co może być problemem jeśli chodzi o wydobycie końcówki żelu.
Z pierwszym użyciem byłam zachwycona. Skóra wyraźnie się rozjaśniła i była promienna, byłam przekonana, że ja i kwas migdałowy będziemy najlepszymi przyjaciółmi. Miałam nadzieję, że hiperpigmentacja będzie w końcu dla mnie tylko złym snem. Nawet nie wiedziałam jak bardzo się myliłam. Z każdym kolejnym dniem było po prostu coraz gorzej. Nadal mi źle na myśl o tych podskórnych bolących gulach na policzkach ktore brały się z niepozornych podskórnych krostek. Długo mówiłam sobie że może tak to ma działać, ale po pewnym czasie odłożyłam krem i cera po jakimś czasie sie uspokoiła. Od tej pory nie użyłam go juz ani razu. Nawet punktowo nie byl dobry.
Długo nie chciałam zdecydowac się juz na żaden kwas bojąc się że będzie tylko gorzej.



Na szczęście w moje ręce trafił Effeclar Duo +, dzięki Syllwuni. Tutaj było zupełnie na odwrót.  Żadnych spektakularnych efektów na początku.  Po 3 dniach zniknęły większe niedoskonalosci, hiperpigmentacja sie zmniejszyła.  Po miesiącu regularnego stosowania moge powiedzieć, że jedyne co zostało na mojej buzi to drobne podskórne krostki z ktorymi wciąż walczę i nie zamierzam się poddać. Wciąż zmieniam nawyki pielegnacji twarzy i próbuje nowych rzeczy. Effeclar Duo + dał mi wiarę, że mam o co walczyć.  Jeśli nie mieliście jeszcze okazji spróbować to polecam z całego serca, bo może akurat bedzie dla Was rozwiązaniem.  Każdy z tych produktów ma swoich przeciwników i tych co je kochają.  Każdemu z nas odpowiada zupełnie co innego. U mnie sprawdziło się to akurat tak. Jeśli Effeclar się u Was nie sprawdził spróbujcie Pharmaceris i na odwrót.

sobota, 18 października 2014

Moja jesienna wishlista.

Blogowanie ma wiele zalet, ale ma także i wady. Podstawową wadą jest to, że im więcej oglądamy różnych blogów tym więcej chcemy przygarnąć do swojej kosmetyczki. Ponieważ ja ostatnio nie mam zbyt wiele czasu, aby wybrać się na zakupy (co jest dobre dla mojego portfela!) więc postanowiłam wybrać pare produktów, które bardzo chciałabym mieć w swojej kolekcji kosmetycznej :) Raczej są to produkty, które miałyby być takimi "perełkami", bo na codzień mój makijaż jest raczej skromny, ale lubię się nim mocniej pobawić na jakieś wyjścia i imprezy rodzinne.

Nie przedłużając mojego gadania:

1. Mary Lou Manizer The Balm - każdy go zna, jest piękny, śliczny, och i ach. Chociaż znam osoby, którym osobiście się on nie spodobał, ale moim planem na zimę jest porządne nauczenie się konturowania twarzy, dlatego rozświetlacz jest mi potrzebny, a niestety niedogaduję się z rozświetlaczami w kremie.





2. Pędzle z Real Technique. Kolejna rzecz, która marzy mi się po nocach to pięknie wyglądające pędzelki. Te z Hakuro są też cudne, ale trzonki RT są cudowne i najchętniej chciałabym je wszystkie, dlatego wybrałam taki zestawik:




3. Organique  Maska Anti Age: Ponieważ kondycja moich rzeczy pozostawia wiele do życzenia, a maska Kallos używana wciąż i wciąż może się w końcu znudzić, więc mam ochotę wypróbować coś nowego. A o tym maluszku słyszałam wiele pozytywnych opinii.




4.  Olej migdałowy KTC - Jeszcze nie znalazłam mojego olejowego cudu. Olej kokosowy robi dobrze mojej skórze, ale do moich włosów totalnie się nie nadaje. Wzmaga ich puszenie i robi z nich siano. Tym razem chce postawić na olej z migdałów.

5. Effeclar K -  Znam już jego brata Effeclar Duo, jednak potrzebuję też czegoś co równie dobrze byłoby bazą pod makijaż i dlatego tutaj skłaniam się w stronę Effeclar K. Podobno oba są rewelacyjne, więc skoro Duo zrobił u mnie dobrą robotę, to chyba pora dać szansę braciszkowi.


To taka moja mała wishlista. Oczywiście takich produktów które chciałabym "pomacać" jest mnóstwo. Staram się jednak patrzeć dość trzeźwo na to co kupuję, więc wybrałam takie 5 produktów które naprawdę byłyby pomóc moim włosom, cerze, oraz to czego wciąż brakuje wśród moich kosmretyków.

A jakie są wasze jesienne typy? Co potrzebujecie? Na co macie ochotę?
Muszę się wam pochwalić, że z dniem dzisiejszym rozpoczęłam swój trening. Po czterech miesiącach przerwy. Początki jak zwykle ciężkie, ale jestem z siebie dumna :)

niedziela, 5 października 2014

Mentolowy ulubieniec czyli Kiehl's Blue Herbal Gel Cleanser.

Produkt, który ostatnio całkowicie zrewolucjonował moje życie i tak jak wspominał w poście o uaktualnionej pielęgnacji twarzy (KLIK) bardzo chętnie wypróbowałabym go ze szczoteczką np. Clarsonic albo Soniclear. Ponieważ jednak jeszcze nie zdecydowałam się na zakup to radzę sobię jeszcze bez niej.



Kilka słów o żelu. Jest dość mocno mentolowy i na początku wydawało mi się, że zawiera alkohol, ale na szczęście to tylko mentol. Dzięki temu skóra po umyciu jest bardzo świeża, orzeźwiona i oczyszczona. Delikatnie się pieni.


Żel jest dość rzadki i wystarczy dosłownie kilka kropel aby umyć jeden raz buzię. Ja zwykle robię to dwa razy.  Albo używając dwa razy tego żelu lub raz tego, a raz Neutrogeny.
Po umyciu uzyskuje się efekt świeżości na dość długo. Można spłukać go na zmianę ciepłą i zimną wodą, jeśli chcemy "obudzić" skórę twarzy lub po prostu zetrzeć muślinową szmatką. Ja osobiście wybieram wersję pierwszą, a później dodatkowo przemywam twarz tonerem, aby upewnić się, że nie zostało na buzi żadnego podkładu, czy też żelu.

Cena jest dość wysoka. Zapłaciłam za niego 19 euro/250ml, czyli trochę ponad 80zł. Jeśli jednak mam ocenić czy był wart swojej ceny to na pewno powiedziałabym, że kupię go jeszcze raz jak tylko się skończy i, że kupię też toner z tej samej wersji.

Firma Kiehl's jest firmą z wyższej półki i zdecydowanie zna się na tym co robi, więc według mnie są to dobrze wydane pieniądze. Myślę, że taka butelka spokojnie może starczyć na trzy miesiące, może nawet cztery

Jak narazie jest to mój ulubiony produkt do twarzy i chyba już na stałe zagości w mojej łazience. Jestem również otwarta na spróbowania innych produktów tej firmy. Wiele dobrego słyszałam np. o kremie pod oczy z avocado.

Firma Kiehl's jest Wam znana? Lubicie? Co polecacie? Przeszkadza Wam mentol w kosmetykach czy może tak jak ja uwielbiacie to uczucie czystości?

sobota, 27 września 2014

Serialove czyli sześć pomysłów na miły wieczór. [1]

Kiedy zakładałam bloga to byłam pewna, że oprócz kosmetyków będę chciała też wtrącić trochę lifestylu, będę robić to subtelnie i powoli, na pewno nie zawalę Was od razu całą masą informacji o sobie.
Jesień jest tego typu porą roku, że wieczory przychodzą już zdecydowanie szybciej, są zimnejsze lub deszczowe, dlatego częściej spędzamy je w domu. Otulamy się kocem w fotelu. Siedzimy tak z ciepłym kakao lub herbatą i często z laptopem na kolanach.
Ja osobiście jestem straszną serialomaniaczką. I dlatego jesienne wieczory jak nie w książkach to spędzam właśnie nadrabiając swoje serialowe zaległości. Dzisiaj postanowiłam podzielić się z Wami moją Top6 jeśli chodzi o seriale.


1. Grey's Anatomy


Musiałabym być bardzo nieczuła na męskie wdzięki, jeśli nie powiedziałabym, że główną zaletą tego serialu jest jego główny bohater. Takie przynajmniej miałam odczucia po obejrzeniu pierwszych kilku odcinków. Potem z każdym kolejnym zyskiwałam sympatię do kolejnej postaci, aż w końcu pokochałam ich wszystkich co do jednego. Płakałam, gdy odchodzi, śmiałam gdy oni się śmiali. Znalazłam się w punkcie kiedy nie wyobrażałam sobie wieczoru bez tego serialu, a muszę powiedzieć, że miałam duże wyzwania, bo dziewięć sezonów udało mi się obejrzeć przez całą przerwę semestralną, czyli tydzień z kawałkiem. Nie wiem jak to zrobiłam. Po prostu nie miałam życia przez ten tydzień. Jeśli raz zaczniecie to utoniecie tak jak i ja. Wątek medyczny, choć też dla mnie ciekawy, innym na pewno zrekompensują zawiłe relacje, romanse i związki między bohaterami.

2. Suits


Serial, który odkryłam stosunkowo niedawno, ale ponieważ uwielbiam facetów w idealnie skrojonych garniturach (choć takich w nieidealnych też nie brakuje) to nie mogłam nie obejrzeć tego serialu. Wkrótce fabuła zupełnie mnie wciągnęła, a prawniczy wątek został przedstawiony w trochę inny sposób, niż zazwyczaj. Nie chce zdradzać szczegółów. Jeśli kiedyś zdecydujecie się obejrzeć, to mam nadzieję, że pokochacie Donne tak bardzo jak ja.

3. Reign.


Trochę z innej "beczki", ponieważ jest to serial oparty na historii królowej Szkocji - Marii Stuart. Opowiada o spisku, "zakazanej" miłości, przeznaczeniu. Osobiście bardzo lubię Francję i Anglię z tamtych czasów dlatego chętnie przenoszę się w tamte czasy.

4.The O.C

Serial do którego bardzo często wracam i chociaż nie kończy się tak jakbym chciała to i tak mam swoje ulubione odcinki i sezony, które mogę oglądać w nieskończoność. Adam Brody jest zdecydowanie moim faworytem tej serii. Nie pamiętam ile razy oglądałam całą serię, ale na pewno dużo :)

5. Scandal

Kolejny serial twórczyni Grey's Anatomy i tak samo dobry. Olivia Pope jest jedyna w swoim rodzaju. Uwielbiam jak bierze sprawy w swoje ręce, tuszując wszystkie brudne sprawy w jakie wmieszał się Biały Dom. Przyjemnie patrzeć też na jej stylizacje. Właśnie rozpoczął się kolejny sezon, na który niecierpliwie czekałam.

6. The Blacklist

 Opowiada o agentce , która we współpracy z chronionym przez oddział przestępcą, łapie innych groźnych przestępców, których nazwiska znajdują się na liście. Okazuje się, że jej całe dotychczasowe życie było kłamstwem. Wszystko się miesza, niewiadomo co jest prawdą, a co nie.


Ciężko było mi wybrać sześć. Nie chciałam zbytnio zdradzać wam fabuły, jedynie trochę przytoczyć. Polskie seriale też oglądam, ale w tym poście postanowiłam ich nie mieszać. Znacie? Lubicie? Oglądacie? A może macie jakieś swoje inne ulubione seriale :)

poniedziałek, 22 września 2014

Uaktualniona pielęgnacja twarzy.

Ponieważ minęło już trochę czasu i moja pielęgnacja twarzy odrobinę się zmieniła, żeby nie powiedzieć, że całkowicie to zamierzam wprowadzić mały update.

Po pierwsze odstawiłam całowicie Brevoxyl, bo doszłam do wniosku, że być może i radzi sobie z kontrolowaniem mojej skóry, ale jest jednocześnie zbyt inwazyjny. Zamieniłam go na Effeclar Duo, który mam przyjemność testować dzięki Sylluni :)



Wieczorną pielęgnacje rozpoczynam za to od zmycia makijażu i tutaj mam do wyboru dwie opcje, albo robię to olejem kokosowym  i pozwalam mu się wchłonić w skórę, dzięki czemu następnego dnia buzia jest gładka i nawilżona, albo rozpoczynam od przetarcia twarzy płynem micelarnym, następnie używam 2w1 z neutrogeny i albo traktuję ją jako żel do mycia twarzy,mieszając z wodą, albo na pięć minut nakładam jako maseczkę. Staram się nie robić tego częściej niż dwa razy w tygodniu. Na samym końcu przemywam buzię tonikiem z under twenty. I na samym końcu Effeclar Duo.



Natomiast jeśli chodzi o poranną pielęgnacje to zaczynam od umycia buzi żelem do mycia twarzy z Kiehl's. Lubię używać go rano ponieważ mentol w nim zawarty daje uczucie świeżości. I później również przemywam tonikiem under twenty. Na koniec wsmarowują krem nawilżający w tym momencie z L'Oreala.



Jeśli miałabym wymienić kilka rzeczy, które chciałabym wprowadzić do swojej pielęgnacji to na pewno chciałabym w końcu zakupić szczoteczkę Clarsonic, albo taką Soniclear. Na pewno chciałabym mieć okazję wypróbować inne kosmetyki z Kiehl's i  z Michael Todd Organic Cosmetics. Chcę również wyposażyć się się w lepszy krem nawilżający i tutaj myślę o Vichy Aqualia Thermal night creme. To taka moja mała wishlista, chyba powoli dostaję bzika na punkcie dbania o skórę twarzy.

czwartek, 4 września 2014

Haul wakacyjny.

Moje wakacje już dobiegły końca, teraz jeszcze pare egzaminów na uczelni i w sumie rozpocznę je na nowo. Macie mocno trzymać kciuki, bo na pewno się przyda :)

Z wakacji przyjechałam, cóż, chyba powinnam powiedzieć, że osobna, dodatkowa torba na kosmetyki to nie byłoby złe rozwiązanie na drogę powrotną. Wróciłam więc z wieloma nowościami. Część z nich już jest moimi ulubieńcami, a cześć nieprzypadła mi jednak do gustu.

Na pierwszy rzut kolorówka, której jest dość mało:





1. Korektor Mac Prolongwear w kolorze NC20. Odkąd go kupiłam to nie wyobrażam sobie używać czegoś innego. Jedynie pod oczy nakładam wiernie mój ulubiony korektor z Rimmel.

2. Estee Lauder Pure Color Cheek Rush w kolorze Fresh Sheer. Kolejny tint do policzków w cudownym kolorze, jeszcze tylko muszę nauczyć się z nim współpracować.

3. Givenchy Croisiere Ombre w kolorze Corail Tentation. Moje ulubione cienie w kremie, które zupełnie inaczej wyglądają na powiece. Są delikatne i świetnie się blendują.





4. Kiehl's Blue Herbal Cleanser czyli żel do mycia twarzy, bardzo mentolowy, daje duże uczucie świeżości.

5. Visibly clear 2-in-1 czyli hit youtuberek za granicą.

6. I hit blogowy - płyn micelarny z Garniera, z którym niestety się nie polubiliśmy. Podrażnia moje uczy i zupełnie nie radzi sobie z maskarą. Pora wrócić do ulubieńca z vichy.

7. Balea - Reinigungs Oel - Fluid - bardzo delikatny czyścik, bez żadnych granulek, z olejami, służy mi do zmywania makijażu.

8. Balea Frisch in den Tag Fluid to żelowe serum nawilżające z witaminami o zapachu malinowym. Zapach przecudny mam jednak wrażenie, że nie wpływa zbyt dobrze na moją cerę. Narazie odstawiłam.

 9. Szampon Balea Glossy Blond Shampoo trafi do mojej blond przyjaciółki, poczas gdy ja pozostanę przy:

10. Szampon Beautiful Long Shampoo przeznaczonego do włosów długich.

11. Odżywka Oil Repair jest jedyną w swoim rodzaju, kocham ją i mam jej duży zapas.

12. Mleczko nawilżające do włosów cudownie pachnie mango i pomaga rozczesywać moje wysuszone końcówki.

I na koniec sławne żele pod prysznic. Mango Mambo i Cocos&Nektarine. I chociaż jestem ogromną fanką kokosowych kosmetyków to jednak Mango Mambo skradło moje serce!

Uf, dobrneliśmy do końca, trochę tego się uzbierało. Mieliście już okazje czegoś używać? A może jest coś co bardzo chcielibyście użyć :)?

niedziela, 17 sierpnia 2014

Nowości lipiec/sierpień.

Czas bardzo szybko leci. Nie mogę uwierzyć, że odkładany post z dnia na dzień przerodził się w miesięczną nieobecność. Oraz w to, że w środku sierpnia publikuję nowości lipcowe.
Nowości jest ogrom, pomysłów na posty też, ale w dalszym ciągu mieszkam teraz w Austrii, a mój aparat w dalszym ciągu jest w Polsce, dlatego dzisiaj będzie krótko :)

Po pierwsze - Catrice Camouflage - słynny korektor, który jest trudno dostępny. Widocznie w wakacje jest na niego mniejszy popyt, albo trafiłam akurat na dzień dostawy, ale szafa w Hebe była przepełniona trzema odcieniami, co niezbyt często się zdarza. Używałam, go gdy moja twarz miała gorsze dni. Skrzętnie ukrywał to co był do ukrycia, przynajmniej przez jakiś czas, niestety wymaga poprawek i na pewno nie utrzyma się całego dnia na naszej twarzy. Ciężko mi było również z odcieniem, gdyż pierwszy był zdecydowanie za jasny, ten drugi trochę za ciemny. Po pewnym czasie potrafiłam zmieszkać go tak z pudrem i podkładem, że się nie odznaczał. Co więcej, wymaga wcześniejszego peelingu, lub dobrego nawilżenia buzi. Podkreśla suche skórki z czym ja mam dość spory problem. Mimo wszystko za taką cenę spisuje się bardzo dobrze i myślę, że jeszcze nie raz w moim codziennym makijażu się odnajdzie.



Po drugie - Rimmel London 360 As you want victoria - przysłana została do mnie jako nagroda w konkursie, niestety albo ja nie umiem żyć ze szminką na ustach, albo moje usta mają taki dziwny kształt i po umalowaniu się zawsze stwierdzam, że wyglądam dziwacznie. Miałam ją na sobie chyba tylko raz, spędziłam chyba 15 minut przed lustrem aby wszystko było idealnie równo. Mimo to, bardzo podoba mi się kolor.


I po trzecie i w tym poście ostatnie - Rimmel Stay Blushed w kolorze 002 - Touch of Berry
Jest to mój drugi tint oprócz tego z Estee Lauder. W ciąż uczę się ich nakładać i eksperymentuje z metodami, jeśli ktoś ma jakiś dobry, sprawdzony pomysł, co robić by nie zrobić sobie nimi krzywdy to proszę, napiszcie w komentarzu, bo jak narazie ani ten, ani tamten mnie nie przekonują i tęsknie za tradycyjnymi różami w kamieniu.

sobota, 19 lipca 2014

W poszukiwaniu idealnego szamponu cz.1

Moje włosy potrzebują szczególnej pielęgnacji. Są zniszczone i wysuszone i mimo, że regularnie co dwa miesiące je podcinam, nie chcąc schodzić zbytnio z długości, to i tak muszę się nimi porządnie zajmować. Maski, olejki i odżywki są ważne, ale tak samo jak ważne są włosy, również ważna jest skóra głowy, a ta niestety na szampony reaguje różnie.

Na mojej łazienkowej półce na ten czas możemy spotkać takie o to sztuki:





1. Szampon Dove Nourishing Oil Care - bardzo się nie polubiliśmy w zasadzie stoi od samego początku na półce i płacze nad swoim losem, a to dlatego, że moje włosy wcale nie wyglądały po nim świeżo, a po drugie po 3 myciach moja skóra głowy zaczęła swędzieć, po zmienieniu szamponu wszystko ustało, więc musi być w nim coś, co mnie osobiście uczula. Ładnie pachnie i lubię tę kremować konsystencje żeli i balsamów tej firmy. Cena również nie wygórowana, w granicach 12zł za 250ml.
2. Szampon Kallos Silk - ponieważ maskami tej firmy byłam zachwycona spodziewałam się po tym szamponie czegoś podobnego, jednak zawiodłam się strasznie. Szampon kosztuje grosze, bo za litrowe opakowanie płacimy coś koło 10zł. I na tym niestety chyba kończą się wszystkie plusy, bo butelka jest najmniej poręczną butelką z szamponem z jaką się zetknęłam. Ponad to jest niewydajny, nie pieni się, mam wrażenie, że moje włosy sa bardziej wysuszone niż nawilżone, przez co kiepsko się układają po wysuszeniu.
  3. Szampon Babydream - zachęcona opiniami na pewnym blogu na temat tego szamponu, jakoby był rozwiązaniem wszelkich problemów z podrażnieniami skóry głowy, postanowiłam go kupić. Ponieważ kosztuje niewiele stwierdziłam, że warto spróbować. Szampony dla dzieci są przecież łagodne i delikatne. Być może są łagodne i delikatne, ale ten jest również niezwykle tępym szamponem. Przy pierwszej aplikacji nakładając go na włosy czułam jakbym nakładała na nie gęsty krem. Pienić też się jakoś szczególnie nie pienił. Zupełnie nie dla mnie i moich długich włosów.

4. Szampon Seboradin - rzeczywiście zahamował wypadanie włosów, jednak były one matowe, przyklapnięte, po prostu pozbawione życia.

5. Yves Rocher Brillance -  Temu panu już dawno podziękowałam. Puszył niemiłosierni włosy, były niesforne, nie chciały się rozczesywać, zupełnie sobie nie radził z włosami, na pewno już nigdy więcej go nie kupię, chociaż uwielbiam żele pod prysznic z tej firmy.

6. Alterra Granatapfel und Aloe Vera - kocham go przede wszystkim za zapach i za konsystencje, lubię co robi z moimi włosami, ale przy dłuższym stosowaniu moje włosy się do niego przyzwyczaiły. Wracam do niego nieustannie, ale jednak moje włosy kochają silikony.

7. Szampon jajeczny - włosy po nim cudownie się błyszczą, codzienne stosowanie nie wchodzi w grę, gdyż skóra głowy jest przesuszona. 

8. Nivea Color Protect - kiedyś, dawno temu szampony z tej firmy były dla mnie ostatecznością, teraz trochę z podkulonym ogonem powróciłam do niego. Jak narazie dogadujemy się ze sobą, ale na pewno rzucę go jak tylko znajdę sobie coś lepszego, jak narazie jest w porządku. Stosuje go już ponad miesiąc i do tej pory mnie nie uczulił.

środa, 25 czerwca 2014

Czerwcowe nowości.

Na pewno będzie część druga, bo czerwiec wciąż trwa i mam jeszcze trochę planów zakupowych, ale na dzień dzisiejszy o to moje nowe skarby.



Ponieważ jak już mówiłam o skórę mieszaną trzeba dbać przez odpowiednie nawilżenie, co jest kłopotliwe biorąc pod uwagę strefę T ze skłonnościami do świecenia i policzki skłonne do przesuszania się. Zdecydowałam się na zakup jeszcze jednego kremu nawilżającego. Padło na Loreal Triple Active Day dla skóry mieszanej. Wahałam się przez chwilę jeszcze nad kremem matującym, ale na mojej liście zakupowej jest inny specyfik matujący dlatego się powstrzymałam. Nie zużyłam go jeszcze na tyle dużo, aby móc oceniać. Mogę jedynie odpowiedzieć, że ma fajne, praktyczne opakowanie, ładnie pachnie i szybko się wchłania.



Ponieważ wiele razy widziałam już efekty po wcierce Jantar, dlatego i ja zdecydowałam się podjąć tej "kuracji". Na początku rzeczywiście forma tego wcierania dość mi przeszkadzała. Nalewanie na rękę, wcieranie w głowę, dość uporczywe. Jednak po pewnym czasie przyzwyczaiłam się do tego. Trochę już tej odżywki zużyłam i muszę powiedzieć że pojawiły się widoczne ilości "baby hair", co bardzo mnie cieszy szczególnie, że próbuję wyhodować gęstrze włosy przy "po boku", aby nie wyglądało w wysokim kucyku, tak jakbym zaczynała mieć zakola ;)





Od miesiąca zbieram się też do kupienia sobie cienia MAC Satin Toupe. I tym razem padło jednak na jego niby-zamiennik czyli Cień Inglot #402. Odkąd go kupiłam nie rozstaje się z nim, dobrze wygląda na powiekach, nie roluje się w załamaniu. Przypomniało mi to jak bardzo kiedyś lubiłam cienie i lakiery marki Inglot, chyba wrócę do niej z podkulonym ogonem, bo mam jeszcze 3-4 inne cienie w które chętnie bym się zaopatrzyła.



Kolejny zakup był dość fatalny. SPF30 do twarzy z firmy DAX. Zupełnie nie nadaje się pod makijaż. Skóra po nim świeci się masakrycznie i dodatkowo zapycha. Zbyt gęsty i zbyt tłusty. Do ciała w porządku do twarzy zdecydowanie nie. Zakup Vichy SPF50 matującego okazał się już pewniakiem.



Ponieważ życie studenckie powoduje, że rzadko kiedy jest się w domu to w mojej torebce na stałe zagościł Carex Hand Gel Aloe vera jedno kliknięcie pompką, a ręce są czyściutkie i ładnie pachną.



Ponad to ponieważ moja kulka z Vichy się skończyła, a ja nie mogę się jakoś zebrać po zakup kolejnej to jako alternatywę wybrałam dezodorant w sztyfcie z Rexony.


No i na sam koniec produkty mojej lakieromanii. Już wielokrotnie przekonałam się, że są lakiery których używam cały czas i potem do nich już nie wracam, takie które używam tylko raz i takie do których ciągle wracam. Dlatego uwielbiam lakiery z każdej półki. Czasami okazuje się, że  lakier za 5zł jest na moich paznokciach znacznie częściej niż ten za 30zł.
Po pierwsze Lovely Baltic Sand czyli lakier o piaskowej fakturze. Zakochałam się w nim od pierwszego maźnięcia. Wygląda znakomicie na dłuższych paznokciach, jest trwały i uwielbiam jego odcień. Był to mój pierwszy lakier o piaskowej fakturze, bo jakoś wcześniej nie mogłam się do nich przekonać i oczywiście był to strzał w dziesiątkę.
Zakochują cię w "piasku" na paznokciach, chciałam sięgnąć po coś o bardziej klasycznym kolorze i padło na Miss Sporty Crush on You odcień 062 czyli czarny ze srebrnymi drobinkami. Pierwsza rzecz która sprawiła, że odechciewa mi się używać tego lakieru to pędzelek. Jest gruby, niepłaski i włosie odstaje na wszystkie strony. Wszystko to sprawia, że trzeba naprawdę dobrze się wygimnastykować, aby paznokcie dobrze z nim wyglądały.
Wróciłam więc do taniego Lovely, które zyskało moje zaufanie i zakupiłam kolejne dwa cudeńka. Lovely St.Tropez 01 i Lovely Gel like 208. Ten pierwszy można nazwać lakierem o satynowym wykończenu, natomiast ten drugi rzeczywiście przy odrobinie światła dostaje efektu żelu na paznokciach. Na pewno na długich paznokciach będzie prezentował się znacznie lepiej. Jego kolor jest dla mnie zagadką. Kojarzy mi się jakoś z brązem łamanym zielenią, czy coś takiego.

Przepraszam za kiepską jakość zdjęć, ale mój aparat umarł i muszę sobie jakoś radzić inaczej, mam nadzieje, że powróci do mnie już w następnym poście.


sobota, 31 maja 2014

O świadomej pięlęgnacji cery mieszanej ze skonnościami do niedoskonałości.

Odkąd pamiętam moja cera nie jest idealna. Zawsze się świeci, zawsze ma jakieś niedoskonałości i zawsze coś na nią nakładam. Dobrze, że z biegiem lat to coś stało się być bardziej świadomym czymś.

Po pierwsze - nauczyłam się z biegiem lat, że filtry to najlepsi przyjaciele naszej twarzy. Jeśli przyjaciel jest dobry to nigdy nas nie zawiedzie - tak samo jest z filtrami. Dobrze dobrany chroni nas, naszą skórę i nie zapycha.

Po drugie - oczyszczanie. Nauczyłam się, że chociaż odrobinę niedokładnie zmyty makijaż będzie miał swoje konsekwencje rano w postaci szarej, zmęczonej cery.

Po trzecie - nie ma nic gorszego niż samodzielne "ręczne" oczyszczanie cery. Rączki precz.

Po czwarte - Nawilżamy! Zawsze. To, że ma się cerę tłustą nie oznacza, że nie może być ona odwodniona.


Na powyższym zdjęciu widać moją przykładową pielęgnacje buzi.

1.Krem bebe relaxing care - jeśli ktoś ma blisko siebie dm, to na pewno się z nimi spotkał, ja swój przywiozłam we wrześniu i opakowanie jest już na wykończeniu, na pewno kupię go w te wakacje po raz kolejny. Rzeczywiście relaksuje skórę. Zawsze jest chłodny i działa kojąco. Po wsiąknięciu nie zostawia klejącej się maski więc stosuję go często pod podkłady, zwłaszcza teraz, kiedy Pore Refiner się skończył.

2. Pharmaceris,  Krem z 10% kwasem migdałowym na noc moje pierwsze spotkanie z tym kremem było dość średnie. Na początku byłam zachwycona jak bardzo rozjaśnia buzię i jaka jest miękka i cudowna, a potem przeżyłam ogromny wysyp bolących podskórnych gul, które leczyły się i szpeciły dość długo. Teraz stosuje go na nos i punktowo.

3. Avene, TriAcneal jeśli miałabym polecać dobry produkt, to na pewno by był to właśnie ten krem. Jest mało inwazyjny, a skuteczny. Nie czekał mnie żaden wysyp. Zmiany koiły się szybciej, naprawiał to co stworzył poprzednich, zniknęły i przestały pojawiać się gule, jest bardzo wydajny, przez 2 miesiące nie zużyłam nawet połowy opakowania.

4. Brevoxyl niestety, Avene nie pojawił się z tym wszystkim co było pod skórą. Wyczytałam gdzieś na blogu jaką wspaniałą maścią nie jest Brevoxyl i bez wahania go kupiłam, na ulotce napisane jest, żeby dopiero po 4 tygodniach spodziewać się efektów, ale ja swoje zauważyłam dużo wcześniej.

5. Na koniec pomadka z Alterra którą ostatnio wyczaiłam w swoim Rossmannie i zafundowałam swoim rzęsą mały eksperyment - odbudowę. Jestem bardzo ciekawa czy coś zdziała :)

Jeśli chodzi o oczyszczanie to jestem ogromną fanką maseczek Peel-off i truskawkowej z Rossmanna. Czasami skuszę się na jakąś maskę z glinką.
Również żel oczyszczający z Avene zainteresował mnie swoim działaniem. Jeśli zaś chodzi o zmywanie makijażu to płyn z Vichy, BeBeauty ewentualnie Tołpa.
Mam również maskę z Biodermy, ale o niej będzie już w zupełnie innym poście.

niedziela, 25 maja 2014

Projekt denko - maj

Maj powoli dobiega końca, kosmetyki też w pewnej części się już skończyły. Niektóre z nich zastąpiłam pełnymi odpowiednikami, do niektórych już nigdy nie wrócę.



1. Avene Cleanance - żel do mycia twarzy od Avene który dostałam jako miniaturkę podczas kupowania kremu. Był fajny, gęsty wydajny pełnowymiarowe opakowanie kosztuje 25zł za 300ml Na pewno wrócę do niego jak będę wyjeżdżała na wakacje.

2. Bioderma Pore Refiner. W komplecie z maską dałam za niego kiedyś na promocji 34,99 zł, chociaż w tym momencie kosztuje około 52zł. Polecany był w internecie przez makijażystki, myślałam, że będzie rozwiązaniem wszystkich moich problemów od niedoskonałości po pory. Widocznie zawyżyłam jego możliwości dość wysoko, bo chociaż jest bardzo wydajny to żadnych dużych cudów nie zdziałał. Fajnie nawilżał i zwężał pory. Ale tylko na chwilę. W końcu stosowałam go jedynie jako kremu nawilżającego, a chwilowe zwężenie porów było dla mnie gratisem.
Pewnie jeszcze kiedyś do niego wrócę, bo nie zapychał, nie rolował makijażu i miło go wspominam. Jeśli tylko znowu spotkam go na promocji, bo w regularna cena jest jak dla mnie nieadekwatna z efektami.

3. Szampon Alterra - granat i aloes. Kocham szampony z tej seri, nie obciążają włosów, ponad to producent zapewnia nas, że nie ma silikonów. Kocham zarówno szampon jak i odżywkę. Już zaczęłam kolejną buteleczkę. Z tej serii chciałabym się skusić kiedyś na szampon odbudowujący.



4. Płyn Be Beauty - po wielu latach z Vichy zupełnie zmieniłam kierunek, kupując na wypróbowanie płyn z Biedronki, wielokrotnie chwalony. Do zmywania twarzy w porządku, jednak szczypie w oczy. Czeka już na mnie kolejna buteleczka, chociaż kolejnym krokiem będzie chyba różowa Bioderma.

5. Perfumy Chloe świeży zapach, utrzymujący się dość długo na skórze, idealny na wiosnę/lato, jednak wciąż szukam swojego zapachu, a ten na pewno nim nie jest.



6. Dezodorant Vichy - moja ulubiona kulka, jeszcze żaden inny dezodorant się nie mógł z nią równać, niedługo planuje zdradzić ją z kulką z biodermy w celu porównania.


7. Perfumy Kenzo Flower by Kenzo Summer zapach kompletnie mi nie podszedł, męczyłam go i męczyłam, aż w końcu wymęczyłam. Raczej już więcej się nie spotkamy. Średnio trwały, po pewnym czasie zapach zaczynał mnie drażnić.

About Me

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka