czwartek, 22 października 2015

Ostatnio zużyte. [4]

Czas leci szybko i nieubłaganie. Dni przemijają, a kosmetyki się kończą, praca inżynierska dalej leży odłogiem, ale już po świętach trzeba będzie zabrać się za nią pełną parą, bo nie ma co czekać i odkładać.

Wracając do tematyki kosmetycznej - w tym miesiącu musiałam rozstać się z niektórymi perełkami do których na pewno chętnie wrócę.



Po pierwsze Fresh Mask Catastrophe Cosmetics z Lush, która co prawda nie doczekała się osobnej recenzji, ale jest moim małym, osobistym hitem. Zużyłam ją tak szybko, że nawet nie zdążyłam zrobić jej zdjęć. Dna dobiła też Mask of Magnaminty, Lush i Angels on Bare Skin. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że trochę nie doceniłam Mask of Magnaminty, ale na pewno do niej wrócę, natomiast nad powrotem do Angels on Bare Skin musiałabym się trochę zastanowić.




Zużyłam też kolejną już buteleczkę szamponu Planeta Organica Szampon Prowansalski. W dalszym ciągu uważam, że jest świetny i niezastąpiony, ale kusi mnie bardzo by tym razem sięgnąć po coś innego. Kolejny produkt, który wykończyłam (w końcu!) to L'Oreal Elseve Eliksir odżywczy do włosów. Skończył się trochę ku mojej radości, bo już myślałam, że jest magicznie niekończącym się produktem, a obiecałam sobie nie kupić nowego dopóki nie wykończę wszystkich silikonowych olejków do końcówek.
Chociaż nie przepadam za kosmetykami Garniera to ta odżywka spisała się wręcz znakomicie. Kupiłam z braku laku, gdy przebywałam w Austrii i mamy miłość, a w dodatku ślicznie pachnie! Mowa oczywiście o Garnier Fructis, Oil Repair.




Podkład L'Oreal Infallible 24h w kolorze 125 Natural Rose też się skończył, był całkiem w porządku, ale nie na tyle by do niego wrócić. Minusem jest na pewno to, że pompka nie dochodzi do końca i sporo produktu zostaje na dnie, a trzeba się trochę pomocować, by podkład odkręcić.
Z kosmetyków kolorowych oprócz podkładu zużyłam też Superliner, L'Oreal.
Płyn micelarny z Biodermy niestety dobił dna, ale ponowię zakup dopiero jak wykończę micela z Sylveco, który już czeka na otwarcie.



Następnym produktem, za którym będę tęskniła to Termoochrona z Marion. To było bardzo fajne serum, które chroniło włosy przed szkodliwym działaniem ciepłego powietrza. Bardzo niska cena i świetne działanie! Krem Klairs skończył się już dawno.Był lekki, nie pozostawiał tłustej warstwy na skórze, a działał wygładzająco i nawilżająco. Do tego bardzo fajnie pachniał
Olejek do kąpieli firmy Wellness&Beauty jest jednym z moich ulubieńców, jednak nie mogę zdecydować się, którą z dwóch wersji lubię bardziej. Tym razem w denku gości wersja lawendowa.




Dna już dawno dobiła też maska Glamglow, ale słoiczek zachował się gdzieś na półce. Ponad to w koszu wylądował też żel do mycia twarzy z Kiehl's, zmywacz do paznokci Isana.




niedziela, 11 października 2015

Ulubieńcy tygodnia (1)

Mamy już październik, czas leci tak szybko, że szkoda. Pogoda wariuje, co doprowadza mnie do szewskiej pasji, bo nigdy nie wiem jak się ubrać.

Dzisiaj kilka kosmetyków, po które sięgałam najczęściej w ubiegłym tygodniu.



Ostatnio po oczyszczeniu twarzy, wieczorem sięgam po Mary Kay pore-purifying serum for acne-prone skin. Dość wysoko w składzie zawiera salicylic acid, producent obiecuje, że nie ma skłonności zapychających, ale narazie za wcześnie aby mówić o jakichkolwiek efektach.


Marzyła mi się od zawsze, ale tak rzadko używam szminki, że wydanie 86zł na jedną wydawało mi się czymś bardzo bezsensownym. Szminka MAC Plumful była jednak idealnym wyborem, chociaż przeglądałam kolory w nieskończoność zarówno na internecie, na blogach, jak i w sklepie. W końcu jednak wyszłam z cudownym, dziennym kolorem, który wygląda naturalnie i zdecydowanie mi pasuje.



Eliksir z L'Oreala doprowadza mnie do szewskiej pasji, bo nie chce się skończyć. Dlatego z radością otworzyłam opakowanie eliksiru Biovax wygładzająco nawilżającego. Taka mała odskocznia od tego z L'Oreala, który jest chyba długowieczny. Jak znajdzie się w w końcu w denku to na pewno będą z tym związane niemałe emocje.



Maskara Rimmel Wake me up na samym początku średnio mnie do siebie przekonała. Była zbyt mokra, odbijała się, ale niesamowity świeży zapach bardzo mi się spodobał.



Płyn micelarny Bioderma Sensibio to już klasyk. Podbił już serca wielu blogerek i teraz również i moje. Jest świetny, ale stosunek ceny do ilości produktu niestety znacznie zniechęca mnie do zakupienia produktu. Zwłaszcza, że micel z Garniera spisuje się równie dobrze.

Chcecie więcej? Zapraszam na INSTAGRAM



poniedziałek, 7 września 2015

Dark Angels - węglowy detoks dla twarzy.

Bardzo długo zastanawiałam się nad jego zakupem. Wydawało mi się, że może być zbyt silny do mojej buzi. a przynajmniej tak sugerowały ekspedientki w sklepie Lush. Poleciły mi wypróbować najpierw Coalface, mydło, które można używać codziennie.

Niestety chęć dogłębnego, szybkiego oczyszczenia twarzy z wszystkich niedoskonałości zwyciężyła i w końcu zakupiłam Dark Angels.

W przypadku Angels on Bare Skin 100g produktu wydawało mi się ilością niewielką i nie będę miała problemu, aby zużyć produkt przed upływem ważności. Natomiast 100g w przypadku Dark Angels jest ilością ogromną. Po pierwsze, produkt jest zbity, jest go naprawdę dużo, a do oczyszczenia całej twarzy potrzebujemy dosłownie odrobiny.

Jeśli ktoś planuje zakup to myślę, że spokojnie mógłby kupić z kimś na pół, bo w ciągu 3 miesięcy nie będzie sam w stanie zużyć całego opakowania.


Skład prezentuje się następująco:

Rhassoul Mud , Cold Pressed Organic Avocado Oil (Persea gratissima) , Glycerine , Powdered Charcoal , Black Sugar (sucrose) , Sodium Lauroyl Sarcosinate , Fragrance , Sandalwood Oil (Santalum austro-caledonicum vieill and Fusanus spicatus) , Rosewood oil (Aniba rosaeodora) , *Linalool , *Farnesol . *Occurs naturally in essential oils

Posiada charakterystyczny mocny, lekko duszący zapach. Myślę, że jest to spowodowane olejkiem z drzewa sandałowego i oczywiście węglem.




Ja używam go maksymalnie dwa razy w tygodniu, a stosowanie go częściej może podrażnić skórę, zwłaszcza jeśli nie posiada się bardzo tłustej skóry. Zdecydowanie nawet raz w tygodniu będzie wystarczający.

Bardzo się polubiłyśmy. Pozostawia skórę idealnie czystą, gładką. Świetnie radzi sobie z oczyszczaniem porów, a skóra jest miękka i wygląda na zdrową.





 

Zdecydowanie ląduje na liście moich ulubieńców. Minusem jest oczywiście krótki okres ważności produktu przy tak dużej ilości czyścika.
I potrafi zrobić okropny bałagan w łazience, mycie umywalki macie gwarantowane, ale zapewniam, że naprawdę warto.

Podsumowując:

Dla kogo? Dla osób, które borykają się z niedoskonałościami, które chcą oczyścić skórę z sebum i potrzebują mocnego złuszczenia.

Jak często? Na pewno nie codziennie, bo tak jak pisałam wyżej jest dość silny. Skórze mieszanej sugerowałabym używać raz w tygodniu, natomiast osoby, które mają problem z kontrolą produkcji sebum mogą stosować częściej, myślę dwa, maksymalnie trzy razy w tygodniu.

Najlepiej samemu zobaczyć jaka częstotliwość naszej skórze służy.

Cena: 11€ /100g & 22€/200g


 

niedziela, 23 sierpnia 2015

Niedziela dla włosów (3). Podsumowanie wakacyjnej pielęgnacji.

Wakacje powoli się kończą. Jeszcze tydzień i będę wracała do Polski, powoli przyzwyczajała się do uczelnianej rzeczywistości i tak dalej. Przestanę jęczeć, że uciekło mi metro i kolejne dopiero za 3 minuty wraz z chwilą, gdy przyjdzie mi czekać na autobus 20 minut.

Przed Wami dzisiaj kolejna niedziela dla włosów i małe denko, które jest małym podsumowaniem mojej pielęgnacji, bo pokazuje, których produktów używałam najczęściej przez ostatnie półtora miesiąca.

Na noc nałożyłam olejek jojoba, który kosztował mnie całe 4 euro w drogerii. Wklejam dodatkowo skład, żebyście same mogły ocenić. Moje włosy bardzo się z nim polubiły, a olejek, który przywiozłam już dawno się skończył, więc postanowiłam, że coś trzeba zakupić.




 W skalp wtarłam jak prawie codziennie żel stymulujący wzrost Dermena w walce o babyhairy.


Natępnie umyłam dokładnie włosy dwa razy szamponem bez SLS bigood. Jego cena również oscylowała w granicach 3-4 euro. Na koniec nałożyłam sporą ilość odżywki Garnier Fructis, którą kupiłam, bo pachnie obłędnie! A Kallos już dawno dobił dna.




Następnie na mokre jeszcze włosy nałożyłam Marion Termoochronę - która jest zdecydowanie moim hitem i myślę, że wiele butelek jeszcze przede mną, zwłaszcza, że cena jest niska, produkt robi co trzeba, a do tego jest wydajny!

Na długości suchych włosów zaaplikowałam silikonowe serum L'Oreal, które próbuję w końcu skończyć, a idzie mi to topornie (próbuję skończyć od ponad roku)!

A teraz małe denko, czyli co zużyłam:



Szampon Prowansalski Planeta Organica - jeśli miałabym wymienić jakiś powód z którego cieszę się na powrót do Polski to ten szampon na pewno nim jest! Jak tylko obudzę się następnego dnia po powrocie to biegnę go kupić! Znalazłam szampon idealny!

Kallos Color - obiecałam sobie, że wypróbuję wszystkie Kallosy, ale ten jest zdecydowanie moim hitem i będę do niego pewnie jeszcze nie raz wracać.

Kallos Blueberry - w małym opakowaniu po Kallosie Latte, bo tylko tyle mi zostało jak wyjeżdżałam. Lubię, jest fajną alternatywą i stosuję go czasami jako całonocną maskę do której dodaje odrobinę oleju ze względu na jej konsytencję. I cudownie pachnie!

Żel pod prysznic LM Grejfrut&Pomarańcza - okazał się być super orzeźwiający zwłaszcza podczas tych okropnych upałów! Prysznic z takim żelem to sama przyjemność. Zapach zdecydowanie wygrał z wersją Cytryna&Werbena.

Płyn micelarny Garnier wersja zielona - sprawdzał się dużo lepiej niż wersja różowa i to właśnie do niego następnym razem wrócę.

Oprócz tego wykończyłam też mydło Aleppo z czerwoną glinka, które długo służyło mi w codziennej pielęgnacji i dzięki niemu moja skóra jest w dużo lepszej kondycji.

Wzięłam na wyjazd w zasadzie same sprawdzone kosmetyki, może dlatego tak smutno, że wszystko dobiło dna.

sobota, 8 sierpnia 2015

Angels on bare skin, LUSH.

Lush kusił mnie za każdym razem, szczególnie, gdy o produktach tej firmy wspominały zagraniczne youtuberki. Niedostępność produktów tej firmy w Polsce spowodowała, że są to chyba najbardziej pożądane kosmetyki blogosfery. Ponieważ wzdychałam do nich już bardzo długo, a od ponad miesiąca siedzę w Austrii, to postanowiłam, że pora wypróbować wszystko to, co mnie kusi. A ponieważ zakochałam się w tych produktach to powrót do Polski będzie cięższy, niż myślałam.



Angels on bare skin to czyścik, który cudownie pachnie, dzięki lawendzie w składzie, który prezentuje się następująco:

Ground Almonds (Prunus dulcis) , Glycerine , Kaolin , Water (Aqua) , Lavender Oil (Lavandula augustifolia) , Rose Absolute (Rosa damascena) , Chamomile Blue Oil (Matricaria Chamomilla) , Tagetes Oil (Tagetes minuta) , Benzoin Resinoid (Styrax tonkinensis pierre) , Lavender Flowers (Lavandula augustifolia) , *Limonene , *Linalool . *Occurs naturally in essential oils

Jakie są moje wrażenia?

Jak już wspomniałam dużym plusem jest zapach oraz delikatność produktu. Pozostawia on skórę miękką i nawilżoną. Migdały i Kaolin są odpowiedzialne za delikatne złuszczanie martwego naskórka, dzięki czemu nasza skóra nabiera zdrowego blasku.

Sama aplikacja produktu może być dość uciążliwa i chociaż Lush poleca, aby odrobinę czyściku nałożyć na rękę i zmieszać z wodą tak, aby powstała pasta to ja osobiście uważam, że dużo mniejszy bałagan powstaje wtedy gdy dobrze zmoczymy twarz, a następnie zaczniemy rozprowadzać na niej odrobinę czyściku. Za bałagan koło umywalki mogą być odpowiedzialne kwiaty lawendy, które lubią odpadać.



Przed użyciem czyścika polecam zrobić porządny demakijaż, bo on sam niezbyt dobrze sobie z nim radzi, a przynajmniej zupełnie nie radzi sobie ze zmywaniem maskary. Dlatego demakijaż to podstawa, dopiero potem bierzemy się za czyścik.

Ze względu na swój skład ważny jest 3 miesiące od daty wyprodukowania. Wszystkie potrzebne informacje można znaleźć na opakowaniu, gdzie znajduje się specjalna naklejka na której napisane jest kto i kiedy zrobił dla nas produkt, oraz data do kiedy produkt jest ważny.

Na pewno będę do niego wracać, muszę tylko znaleźć sposób jak zapewnić sobie jego regularną dostawę, chyba, że w końcu doczekam się sklepu Lush w Polsce. Koszt to około 11euro/100g.

Mieliście coś z Lush? Coś polecacie? Jestem tutaj jeszcze trochę i na pewno coś jeszcze wpadnie w moje rączki przed wyjazdem :)

środa, 22 lipca 2015

Ulubieni w lipcu.

Za oknem wciąż trwają okropne upały, aż czasami ciężko jest to wszystko wytrzymać. Kocham gdy na zewnątrz jest ciepło, jednak tropikalne upały zupełnie nie są dla mnie.
Korzystając jednak z tego, że siedzimy za granicą, a kosmetyki które ze sobą zabrałyśmy są trochę wyselekcjonowane (choć i tak było ich mnóstwo)- postanowiłyśmy skleić dla Was listę lipcowych ulubieńców.
Postanowiłyśmy sobie, że przez wakacje poprawimy kondycję naszej cery i włosów, dlatego też ulubione produkty podzieliłyśmy na dwie kategorie:

1) Pielęgnacja twarzy:




Tutaj bezkonkurencyjnie najlepiej spisuje się nowość: Mask of Magnaminty Lush, pachnie cudownie- miętowo. Buzia jest po niej cudownie miękka i gładka. Jest to pierwszy produkt z tej firmy, a już jesteśmy w nim zakochane, więc na pewno przed wyjazdem sięgniemy po kolejne produkty Lush.

Od jakiegoś czasu w naszej pielęgnacji twarzy nie może też zabraknąć olejku Magic Rose Evree, polecany jest do cery mieszanej i jak narazie spisuje się cudownie zarówno u mnie, jak i u Vesper, która ma skórę suchą, naczynkową, a do tego wrażliwą. U Vesper zniknięcie rozszerzonych porów przypisujemy jako zasługę własnie temu produktowi.

Ponieważ Vesper nie nawilża się kremami (zupełnie się u niej nie sprawdzają), dlatego kolejnym produktem w kategorii pielęgnacji twarzy jest Essential Oils, Evree, który doskonale zastępuje Vesper krem nawilżający.
2) Pielęgnacja włosów:



W produktach do pielęgnacji włosów mogłybyśmy wręcz utonąć, podczas wakacji panuje ogromne włosomaniactwo, a systematyczność w pielęgnacji włosów to zdecydowanie jedna z lepszych rzeczy.

W ulubieńcach na pewno musiały się znaleźć półprodukty takie jak mleczko pszczele na glicerynie, hydrolat keratyny i gliceryna. Ostatnio nieźle z nimi kombinowałyśmy, na zmianę próbując dodawać półprodukty do oleju i masek na noc lub na godzinę przed myciem. Wniosek? Vesper zdecydowanie służy dodawanie keratyny do maski algowej pół na pół z olejem lnianym. Ja zostaję przy mleczku pszczelim dodanym do oleju Banii Agafii.


Olejek wzmacniający Banii Agafii to kolejny must have lipca. Prześlicznie pachnie rumiankiem i pielęgnuje włosy.



Aby jednak systematyczna pielegnacja włosów (olejowanie, półprodukty, maski) nie poszła na marne to zdecydowałyśmy się na szampony bez SLS/SLES. Jedyną wadą takich szamponów jest to, że zdarza się, że niektóre słabo zmywają oleje. Przed wyjazdem zdecydowałyśmy się na zakup szamponów Planeta Organica. Do koszyka Vesper wpadł szampon turecki o zdecydowanie dominującym zapachu cynamonu, ktory kojarzy mi się z zapachem męskich perfum, natomiast do mojego szampon prowansalski, którego zapach jest delikatniejszy, ziołowy i można wyczuć w nim nutkę lawendy.
Oby dwa szampony były strzałem w dziesiątkę. Opakowanie z pompką jest super wygodne pod prysznicem, dozując odpowiednią ilość kosmetyków, a przy tym nie ma problemów z domyciem wszelakich olejów. Zdecydowany ulubieniec.

środa, 15 lipca 2015

Niedziela dla włosów (2)

Dawno nie było żadnego posta o pielęgnacji włosów, a jednym z postanowień na tegoroczne wakacje jest poprawienie ich kondycji, tak, by było to zauważalne.

Z uwagi, że i tak większością kosmetycznych recenzji dzielę się z przyjaciółką, postanowiłyśmy, że dobrze będzie jeśli i ona będzie miała wkład w tego bloga, a włosomaniaczką jest nie od dziś. Dlatego też ta niedziela dla włosów będzie podwójna.

Nasze włosy są zupełnie inne. Moje - podatne i skłonne do puszenia się, jej - trudne do ułożenia, łatwo się obciążają. Wszystkie produkty działają na nas inaczej, zazwyczaj to co jest dobre dla jednej, zupełnie nie sprawdza się u drugiej, chociaż zdarza nam się, że ten sam produkt staje się naszym wspólnym ulubieńcem.

Włosowa historia Vesper w dużym skrócie:

Współpraca z moimi włosami wymaga anielskiej cierpliwości. Długie, niskoporowate, cienkie, raczej gęste i ciężkie- niemiłosiernie ciężko się układają, są niepodatne na jakąkolwiek stylizację, a ewentualny jej efekt widoczny jest tylko przez kilkanaście minut. Swoją przygodę z włosomaniactwem zaczęłam bardzo dawno temu, a było to związane z chorobą tarczycy, która pozbawiła mnie połowy pukli na głowie. Wtedy zaczęłam myśleć co mogę zrobić, żeby wrócić do dawnej gęstości i długości (musiałam je ściąć do połowy szyi, a wcześniej sięgały połowy pleców), długo szukałam i postanowiłam zacząć je olejować. Był to 2011 rok. Równocześnie starałam się do codziennej pielęgnacji używać wszystkiego dedykowanego wypadającym włosom. Przez moją łazienkę w tamtym okresie przewinęły się: Radical, Seboradin, Amla, olejek Khadi, olejki z Rossmana, szampony z Alterry. Próbowałam dosłownie wszystkiego. Po pewnym czasie wypadanie związane z chorobą ustało i mogłam tylko cierpliwie czekać aż włosy odrosną i skupić się na pobudzaniu mieszków włosowych. Prowadziłam rozbudowaną suplementację, eksperymentując zarówno z gotowymi tabletkami (Vitapil, Merz Special), jak i próbując tzw. babcinych sposobów (drożdże, pokrzywa). To wszystko sprawiło, że włosy wracały do dawnej kondycji. Niestety nigdy w pełni jej nie odzyskały, aczkolwiek ze względu na zmiany hormonalne jakie wtedy zaszły, spodziewałam się że nie osiągnę takich efektów na jakie wtedy licyzłam. Potem na jakiś czas przestałam nadmiernie skupiać się na pielęgnacji włosów, stosując sprawdzone produkty i co jakiś czas stosowałam kosmetyczne nowości. Moje włosy naturalnie mają kolor tzw mysiego blondu- taki ot, zwykły średni blond ze złotą poświatą, jednak bez wyrazistej barwy. Stąd co trzy/cztery miesiące rozjaśniam je balejażem o około ton, dzięki czemu mają barwę złotego blondu. W obecnej pielęgnacji nie skupiam się na uzyskaniu jak największej długości a na pobudzeniu jak największej ilości mieszków włosowych do produkcji baby hair'ów. Mimo, że moje włosy są raczej gęste, kiedyś było ich widocznie więcej i ciągle staram się wrócić do stanu sprzed choroby.

Analizując wspólnie z Anyą stan naszych włosów, postanowiłam do dotychczasowej pielęgnacji, jaką były głównie oleje (lniany, wzmacniający z Babuszki Agafii) oraz maski Kallosa (Algae, Color, Blueberry) włączyć półprodukty. Z początku wydawało się to czarną magią, jednak po kilku dniach prób i błędów, okazało się że wystarczy umiejętnie wyważyć proporcję oraz bazę z jaką je łączymy. U Anyi lepiej sprawdzają się półprodukty dodane bezpośrednio do oleju (próbowałyśmy ten z orzechów włoskich, sojowy oraz mój wzmacniający z Babuszki Agafii), z kolei u mnie najlepsze rezultaty osiągam mieszając półprodukty z maską Blueberry lub Algae, ewentualnie stosując metodę maska+olej+półprodukt. Moje włosy bardzo dobrze reagują obecnie na keratynę i mleczko pszczele, ponieważ są odrobine przesuszone (blond poddany działaniu promieni słonecznych). Po tygodniu pielęgnacji przy użyciu wyżej wspomnianych produktów końcówki odzyskały dobrą kondycję, włosy są znowu miękkie, błyszczące i lepiej się układają. Dodam, że do mycia używam tureckiego szamponu z Planeta Organica (obłędnie pachnie, jest dość delikatny i nie podrażnia skalpu), a do płukania włosów dodaję rumianku i cytryny. Końcówki zabezpieczam L'Oreal Eliksir Odżywczy Elseve lub Gliss Kur Liquid Silk Anti-Frizz Serum. Wyżej opisaną pielęgnację planuję stosować do września. Mam nadzieję, że w połączeniu z suplementowanym cynkiem przyniesie ona spodziewane efekty.

Niedziela dla włosów Vesper:

Po dzisiejszej pielęgnacji (maska Blueberry+keratyna+odrobina mleczka pszczelego nałożone na noc, a następnie zmyte tureckim szamponem Planeta Organica) włosy prezentują się następująco:




Niedziela dla włosów Anya:

Na noc nalożyłam maskę Kallos Color z dodatkiem mleczka pszczelego na glicerynie. W skalp wtarłam też żel stymulujący wzrost włosów Dermena. Następnie na mokre włosy nałożyłam termoochronne serum Marion i wysuszone włosy związałam na chwilę w kok, całość po rozpuszczeniu prezentuje się następująco:


  

niedziela, 21 czerwca 2015

Czerwcowe denko [3]

U mnie sesja pełną parą, dlatego robię wszystko, żeby tylko się nie uczyć. Dzisiaj padło na sprzątanie łazienki stąd mamy denko.







Szampon Batiste dark&deep brown - był na pewno lepszym rozwiązaniem niż wersja tropikalna, bo nie zostawiał białego osadu na włosach, jednak potrafił nieźle pobrudzić i szkoda, że nie ma większej gamy zapachów dostępnych na rynku.





Tołpa dermo face - Powrotów nie przewiduję, szczypał w oczy, a i makijaż zmywał tak sobie. Kolejny dowód, że kosmetyki tołpa nie są dla mnie.

The Body Shop, truskawkowy żel do mycia - cudowny zapach, dość wydajny, najlepszy poprawiacz nastroju. Spowodował, że chcę spróbować więcej i więcej kosmetyków tej marki.





Kallos Latte - zawsze wracam do niego po pewnym czasie. Zdecydowanie ulubieniec, chociaż ostatnio Kallos Color i Blueberry go zastąpiły.

Szampon "Aktywator Wzrostu" Bania Agafii - jeden z saszetkowych ulubieńców, niestety szybko się kończy, a szkoda, bo moje włosy bardzo go lubią.





Wellness&Beauty olejek do kąpieli z olejem sezamowym i wanilią - Tani, pięknie pachnie, cudownie umila kąpiel, na pewno do niego wrócę i pewnie wypróbuję też wersję lawendową.

Próbka emulsji micelarnej Cetaphil - już się zachwycałam nad tym jak bardzo dobrze nawilża skórę. Dużym plusem jest też jego wydajność, zwłaszcza jeśli cena jest dość wysoka. Przewiduję tutaj wieloletni związek.

The Body Shop Vanilla Brulee żel do mycia - truskawkowy skradł moje serce natomiast ten po pewnym czasie stał się zdecydowanie za słodkim żelem do mycia. Mimo wszystko zostanę przy bardziej orzeźwiających zapachach.



Serum Vichy Aqualia Thermal - cudowne, nawilżające, bardzo za nim tęsknie, ale cena jest na tyle wysoka, że raczej nieprędko wróci do mojej pielęgnacji. Równie dobre serum, krem nawilżający można znaleźć za niższą cenę.

Rival de Loop, Clean&Care - kosztuje niewiele, a radzi sobie całkiem dobrze, duży plus za skład i zapach.

L'Oreal Triple Active Dzień - niepolubiliśmy się, był ciężki, zapychał, a w dodatku jego zapach zupełnie mi nie odpowiadał. W rezultacie nie byłam w stanie skończyć nawet opakowania. Zalegał w szafce, aż w końcu trzeba się było go pozbyć.




Podkład Bourjois 123 Perfect - co roku do siebie wracamy. Całkiem dobry podkład, chociaż wpadający w żółte tony, co nie każdemu może pasować. W jego kolorystyce brakuje odcieni dla osób bladych, ale do cery mieszanej spisuje się bardzo dobrze. Jest dość kryjący, a zawartość trzech różnych pigmentów doskonale kamufluje zaczerwienienia.

Fusswohl Intensive Cream - tani i dobry krem do stóp, niezbędnik zwłaszcza teraz w okresie letnim. Na pewno będzie powrót.

Olejek arganowy Bioelixir. - do zabezpieczania końcówek był bardzo dobry, mimo jego miniaturowej objętości starczył mi na długo i mogłam się nim cieszyć. Na pewno jeszcze do niego wrócę, chociaż ostatnio znalazłam innego ulubieńca arganowego.

Rimmel Match Perfection. - gdy nie znałam jeszcze korektora Mac Prolongwear to był moim ulubieńcem. Jest nawilżający, kremowy i rozświetlający. Bardzo lubię jego aplikator i chętnie do niego wrócę. W Polsce jest chyba niestety dostępny tylko w dwóch odcieniach - 030 i 060.




Planeta Organica Shea Butter Hair Mask - była ciężka i łatwo obciążała włosy. Mimo, że całkiem dobrze pielęgnowała to raczej do niej nie wrócę, lepszy efekt na włosach osiągam jakimkolwiek Kallosem.

Balsam regenerujący do włosów Bania Agafii - kolejny saszetkowy ulubieniec, włosy są po nim miękkie, odżywione i dobrze się układają.



Neutrogena Visibly Clear 2 in 1 - kolejne zużyte opakowanie. Bardzo się lubimy, ostatnio częściej używam jako 5minutową maseczkę niż jako żel do twarzy (w kwestii mycia twarzy mydło Aleppo zostawiło wszystkie inne produkty daleko w tyle). Jedyna wada to niedostępność w Polsce. Jest bardzo wydajny. Jedno opakowanie starcza mi prawie na 6 miesięcy. Gęsta formuła, a skóra po zmyciu jest oczyszczona i odświeżona.

Trochę się tego nazbierało, mam nadzieje, że wytrwaliście do końca.

wtorek, 16 czerwca 2015

O tym jak spisał się u mnie peeling glikolowy Iwostin PERFECTIN LUCIDIN.

Na samym początku warto przypomnieć, że kwasy powinno stosować się w okresie jesienno - zimowym. I należy pamiętać, że nakładanie kremu z SPF30 (przynajmniej) jest obowiązkowym krokiem. Kwas glikolowy stosuje się najczęściej do walki z przebarwieniami, a po regularnym stosowaniu muszę przyznać, że dobrze sobie z tym radzi. Skóra jest też niesamowicie miękka i gładka. Tylko się cieszyć.



Iwostin Perfectin LUCIDIN zawiera 12% kwas glikolowy, kwas ferulowy, kwas glukonowy i cytrynowy. Producent obiecuje ujednolicenie kolorytu skóry i wygładzenie. Ciężko nazwać ten produkt peelingiem, bo mnie kojarzy się to raczej z czymś z drobinkami, a ten produkt jest po prostu mieszaniną kilku kwasów, których zadaniem jest stopniowe złuszczanie martwego naskórka. Na myśl o peelingu mam przed oczami tubkę zdzieraka, a nie kwas z pipetką.

Jeśli o pipetce mowa. Może ja jestem jakaś dziwna, ale trochę czasu zajęło mi nauczenie się jej obsługi, a i tak udawało mi się zaaplikować nią dużą kroplę, więcej nie dało rady. Być może taki był zamysł, żeby sobie krzywdy nie zrobić. Po pewnym czasie zakochałam się jednak w kosmetykach z pipetką i teraz nie wyobrażam sobie bez nich życia.



Opakowanie jest estetyczne i przemawia do mnie jego prostota. Jego praktyczność zależy jednak od tego jak bardzo lubimy się z pipetką, jednak w przypadku kwasów jest to raczej jedno z lepszych rozwiązań.

Jeśli chodzi o działanie. Przez pierwszy tydzień czułam dyskomfort i pieczenie po aplikacji. Skóra była zaczerwieniona. Aplikowałam dzień w dzień tak jak było napisane na opakowaniu. Dopiero po dwóch tygodniach minął efekt pieczenia, a skóra była wtedy już wyraźnie promienniejsza, przebarwienia bledsze, a i moja umiejętność obsługi produktu znacznie się poprawiła. Producent sugeruje, aby w późniejszym czasie ograniczyć się do aplikacji produktu 1-2 razy w tygodniu.




Ja na pewno do produktu wrócę na jesień, została mi prawie połowa buteleczki. Jak wykończę to jestem przekonana o tym, że będę chciała go kupić ponownie. Kto wie, może zdecyduję się też na wersję z kwasem migdałowym (chociaż ilekroć próbuję się do niego przekonać, to ten okropny wysyp na początku mnie zniechęca)

Koszt buteleczki o 30ml to około 45zł do zakupu w aptekach.

Nie jest to jednak jedyny taki produkt na rynku. Znajdziemy również:

sobota, 13 czerwca 2015

GoArgan+ malina czyli olejek do ciała, który stał się ulubieńcem włosów.

Już od bardzo dawna szukam idealnego oleju do włosów, takiego, który całkowicie odmieni oblicze moich włosów. Wypróbowałam ich sporo, ale ani kokosowy, ani lniany nie przyniosły wymarzonych efektów. Nadal wykorzystuję je w swojej pielęgnacji, ale jeśli chcę aby moje włosy były miękkie i pięknie się układały to używam właśnie Go Argan + malina.



Do ciała spisuję się całkiem przyzwoicie, ale moja skóra nie jest zbyt wymagająca i nie potrzebuje porządnego nawilżenia, więc w zasadzie każdy olejek czy też balsam daje sobie z nią radę.
A ponieważ włosomaniactwo u mnie ostatnio się nasiliło to nie mogłam odpuścić sobie wypróbowanie go właśnie na włosach.

Zazwyczaj nakładam go jedynie na długość włosów, ponieważ w skalp wcieram żel z dermeny, który ma stymulować odrastanie włosów. Rano po umyciu włosy są bardzo miękkie, świetnie się układają i cudownie pachną.

Olejek zamknięty jest w szklanej buteleczce z bardzo poręczną pompką. Jest bardzo estetyczne i wszystko to jest jak najbardziej na plus.

Jest połączeniem zimnotłoczonego oleju arganowego i oleju z pestek malin. Z tej samej serii olejków do ciała mamy do wyboru jeszcze Go Argan + żurawina lub Go Argan + truskawka.

Na chwilę obecną jest to mój must have w pielęgnacji włosów. Do ciała również spisuję się dobrze, jednak ja chyba jestem zwolenniczką tradycyjnych balsamów.

Cena za 100ml to około 99zł. Jedyną wadą tego olejku jest niestety słaba wydajność.

poniedziałek, 23 marca 2015

Co nowego w marcu?

Ledwo co rozprawiłam się z nowościami stycznia i lutego, a tutaj już trzeba publikować te marcowe.
Miała być jeszcze recenzja peelingu z Iwostinu, na pewno się pojawi, ale mój aparat odmówił posłuszeństwa, a marcowe nowości były już gotowe.

Z uwagi na promocję 2 w cenie 1 w Hebe musiałam skusić się na lakiery Essie. Do mojego zbioru wpadł kolor over the edge i mamba. Ten drugi jest moim ulubieńcem nad ulubieńcami.Over the edge bardziej podoba mi się z dodatkiem topcoatów z Maybellinu (które są kilka zdjęć niżej pokazane).


Moja kapryśna cera pokochała się w marcu z emulsją micelarną Cetaphil, choć czytając skład nie sądziłam, że może być z tego miłość. A jednak. Kremowy, nawilżający, delikatny.


Nastąpił również powrót po wielu miesiącach. Maska Kallos Latte w końcu powróciła. I przypomniała mi jak bardzo kocham efekt, który daje na moich włosach. Rozkoszuję się jej zapachem, który pozostaje na moich włosach i trochę pachnie mi budyniem, lubię ten zapach, choć wiem, że wiele osób za nim nie przepada.


Do spróbowania wpadła również odżywka diamond gloss z nivea. A ponieważ mój tropikalny suchy szampon Batiste wylądował w denku to postanowiłam wypróbować w końcu wersję dla brunetek i w końcu nie ma problemu z wyczesywaniem białości, hura! Chociaż tęsknie za owocowym zapachem tamtego. Batiste mogłoby stworzyć jakieś urozmaicenie dla brunetek.



Ostatnio również takie kolorowe topcoaty z Maybelline goszczą ostatnio na moich paznokciach:


No i na koniec róż z NYX w kolorze Dusty Rose. Miłość od pierwszego dotknięcia w Douglasie. Mocno napigmentowany i tym samym wydajny.


Moim marcowym muzycznym odkryciem jest również Selah Sue. Jeśli jeszcze nie znacie, to musicie poznać :)


wtorek, 10 marca 2015

Nowości w styczniu i lutym.

Na początku miałam zamiar wrzucić nowości ze stycznia, lutego i to co już zdążyłam zakupić w marcu, ale ten post chyba nie miałby końca.

Nowy rok zaczął się cudownie, bo prosto z Korei przyleciała do mnie wygrana u Kasi w skład której wchodził tonik, krem i serum wygładzające i nawilżające firmy Dear Klairs. Z tego zestawu krem jest na wykończeniu, a tonik właśnie otworzyłam. Serum czeka grzecznie na swoją kolej.




Postanowiłam, że najwyższa pora powalczyć z przebarwieniami, więc zakupiłam peeling 12% glikolowy z Iwostin. Stosuję codziennie i muszę przyznać, że większość przebarwień powoli znika.

Jeśli już decydujemy się na kwasy to należy pamiętać o ochronie twarzy przed promieniami, nawet w zimie! W moim przypadku w ruch poszedł filtr do twarzy Lirene SPF 30.




Nastąpił też powrót do podkładu Revlon Colorstay 180 Sand Beige tym razem dla cery tłustej i mieszanej. Oprócz tego do mojego koszyka wpadł lakier Golden Rose 57.


W Hebe skusiłam się też na peeling koreańskiej firmy Purederm.



Mówiłam, że ciągle brakuje mi pędzli? Stacjonarny sklep z pędzlami Hakuro przekonał mnie do zakupu H51 i H74.



Do mycia twarzy zaczęłam używać też mydła Aleppo z czerwoną glinką.

A Agata ma nosa obdarowała mnie czerwonym lakierem, kremem i pilniczkiem Alessandro, za wygraną w jej konkursie.



Udało się w końcu opublikować nowości poprzednich miesięcy, a dzięki dzisiejszemu słońcu nawet zdjęcia całkiem, całkiem wyszły :)
Miałyście coś i przypadło Wam do gustu?


About Me

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka