środa, 15 lipca 2015

Niedziela dla włosów (2)

Dawno nie było żadnego posta o pielęgnacji włosów, a jednym z postanowień na tegoroczne wakacje jest poprawienie ich kondycji, tak, by było to zauważalne.

Z uwagi, że i tak większością kosmetycznych recenzji dzielę się z przyjaciółką, postanowiłyśmy, że dobrze będzie jeśli i ona będzie miała wkład w tego bloga, a włosomaniaczką jest nie od dziś. Dlatego też ta niedziela dla włosów będzie podwójna.

Nasze włosy są zupełnie inne. Moje - podatne i skłonne do puszenia się, jej - trudne do ułożenia, łatwo się obciążają. Wszystkie produkty działają na nas inaczej, zazwyczaj to co jest dobre dla jednej, zupełnie nie sprawdza się u drugiej, chociaż zdarza nam się, że ten sam produkt staje się naszym wspólnym ulubieńcem.

Włosowa historia Vesper w dużym skrócie:

Współpraca z moimi włosami wymaga anielskiej cierpliwości. Długie, niskoporowate, cienkie, raczej gęste i ciężkie- niemiłosiernie ciężko się układają, są niepodatne na jakąkolwiek stylizację, a ewentualny jej efekt widoczny jest tylko przez kilkanaście minut. Swoją przygodę z włosomaniactwem zaczęłam bardzo dawno temu, a było to związane z chorobą tarczycy, która pozbawiła mnie połowy pukli na głowie. Wtedy zaczęłam myśleć co mogę zrobić, żeby wrócić do dawnej gęstości i długości (musiałam je ściąć do połowy szyi, a wcześniej sięgały połowy pleców), długo szukałam i postanowiłam zacząć je olejować. Był to 2011 rok. Równocześnie starałam się do codziennej pielęgnacji używać wszystkiego dedykowanego wypadającym włosom. Przez moją łazienkę w tamtym okresie przewinęły się: Radical, Seboradin, Amla, olejek Khadi, olejki z Rossmana, szampony z Alterry. Próbowałam dosłownie wszystkiego. Po pewnym czasie wypadanie związane z chorobą ustało i mogłam tylko cierpliwie czekać aż włosy odrosną i skupić się na pobudzaniu mieszków włosowych. Prowadziłam rozbudowaną suplementację, eksperymentując zarówno z gotowymi tabletkami (Vitapil, Merz Special), jak i próbując tzw. babcinych sposobów (drożdże, pokrzywa). To wszystko sprawiło, że włosy wracały do dawnej kondycji. Niestety nigdy w pełni jej nie odzyskały, aczkolwiek ze względu na zmiany hormonalne jakie wtedy zaszły, spodziewałam się że nie osiągnę takich efektów na jakie wtedy licyzłam. Potem na jakiś czas przestałam nadmiernie skupiać się na pielęgnacji włosów, stosując sprawdzone produkty i co jakiś czas stosowałam kosmetyczne nowości. Moje włosy naturalnie mają kolor tzw mysiego blondu- taki ot, zwykły średni blond ze złotą poświatą, jednak bez wyrazistej barwy. Stąd co trzy/cztery miesiące rozjaśniam je balejażem o około ton, dzięki czemu mają barwę złotego blondu. W obecnej pielęgnacji nie skupiam się na uzyskaniu jak największej długości a na pobudzeniu jak największej ilości mieszków włosowych do produkcji baby hair'ów. Mimo, że moje włosy są raczej gęste, kiedyś było ich widocznie więcej i ciągle staram się wrócić do stanu sprzed choroby.

Analizując wspólnie z Anyą stan naszych włosów, postanowiłam do dotychczasowej pielęgnacji, jaką były głównie oleje (lniany, wzmacniający z Babuszki Agafii) oraz maski Kallosa (Algae, Color, Blueberry) włączyć półprodukty. Z początku wydawało się to czarną magią, jednak po kilku dniach prób i błędów, okazało się że wystarczy umiejętnie wyważyć proporcję oraz bazę z jaką je łączymy. U Anyi lepiej sprawdzają się półprodukty dodane bezpośrednio do oleju (próbowałyśmy ten z orzechów włoskich, sojowy oraz mój wzmacniający z Babuszki Agafii), z kolei u mnie najlepsze rezultaty osiągam mieszając półprodukty z maską Blueberry lub Algae, ewentualnie stosując metodę maska+olej+półprodukt. Moje włosy bardzo dobrze reagują obecnie na keratynę i mleczko pszczele, ponieważ są odrobine przesuszone (blond poddany działaniu promieni słonecznych). Po tygodniu pielęgnacji przy użyciu wyżej wspomnianych produktów końcówki odzyskały dobrą kondycję, włosy są znowu miękkie, błyszczące i lepiej się układają. Dodam, że do mycia używam tureckiego szamponu z Planeta Organica (obłędnie pachnie, jest dość delikatny i nie podrażnia skalpu), a do płukania włosów dodaję rumianku i cytryny. Końcówki zabezpieczam L'Oreal Eliksir Odżywczy Elseve lub Gliss Kur Liquid Silk Anti-Frizz Serum. Wyżej opisaną pielęgnację planuję stosować do września. Mam nadzieję, że w połączeniu z suplementowanym cynkiem przyniesie ona spodziewane efekty.

Niedziela dla włosów Vesper:

Po dzisiejszej pielęgnacji (maska Blueberry+keratyna+odrobina mleczka pszczelego nałożone na noc, a następnie zmyte tureckim szamponem Planeta Organica) włosy prezentują się następująco:




Niedziela dla włosów Anya:

Na noc nalożyłam maskę Kallos Color z dodatkiem mleczka pszczelego na glicerynie. W skalp wtarłam też żel stymulujący wzrost włosów Dermena. Następnie na mokre włosy nałożyłam termoochronne serum Marion i wysuszone włosy związałam na chwilę w kok, całość po rozpuszczeniu prezentuje się następująco:


  

8 komentarzy :

  1. Jakie piękne włoski! ;)
    Pozdrawiam, CapelliSani.

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękne włosy :) Ja nie znam się jakoś bardzo na półproduktach, ale często wzbogacam maski olejami a szampony białą glinką :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne włosy! I śliczny odcień blondu ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak mnie kusi ta maska Blueberry :)

    OdpowiedzUsuń

About Me

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka