sobota, 6 sierpnia 2016

FOODBOOK 1

Pewnie część z Was zauważyła, że mój instagram od jakiegoś czasu opanowały zdjęcia jedzenia. Dokładnie od czerwca tego roku moje żywienie się zmieniło. Po części było to spowodowane zbuntowaniem się organizmu, a ja wykorzystałam to na swoją korzyść. Zmieniając całkowicie sposób jedzenia i dorzucając trening siłowy udało mi się do dnia dzisiejszego zrzucić trochę ponad 5kg.
Uważam to za swój mały sukces, biorąc pod uwagę, że przez ostatni rok waga nie chciała drgnąć nawet o 0,5 kg. Jest jeszcze drugie tyle przede mną i mam nadzieje, że mi się uda.

Drugie śniadanie: Nutella z awokado, borówki amerykańskie i masło orzechowe
 
 Obiad: indyk na oleju kokosowym z brokułem i cukinią do tego ryż basmati z curry

 Śniadanie: mugcake z twarożkiem i odżywką białkową

 Drugie śniadanie: Owoce z nutellą z awokado, posypane borówkami amerykańskimi

 Śniadanie: Pudding z nasion chia z polewą z mleczka kokosowego i odżywki białkowej z odrobiną kiwi, posypane wiórkami kokosowymi

 Kolacja: Batat pieczony z pieprzem cayenne i czosnkiem niedźwiedzim, kalafior i pseudo pesto z bazylii.

 Drugie śniadanie: Micha owoców z polewą z odżywki białkowej

 Śniadanie: Mugcake z piekarnik posmarowany pastą kokosową z dodatkiem malin

Śniadanie: Sernik w filiżance


Po dokładne przepisy zapraszam na instagram :) Dodam jeszcze, że staram się, aby moje śniadania były białkowo - tłuszczowe. Wyjątkiem jest sytuacja w której wiem, że po śniadaniu będę pędzić na trening, wtedy dorzucam jeszcze węglowodany do śniadania. Kolacje jem czysto węglowodanowe, chyba, że nie dostarczyłam całego zapotrzebowania na białko to wtedy kombinuję.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Ulubieńcy czerwca - LUSH, ORIGINS, SKINCEUTICALS, TOOFACED, LOREAL, MISSHA i PAESE.

Wakacje pełną parą, a to oznacza, że czerwiec już za nami. Gorące dni sesji już minęły i można już cieszyć się bez ograniczeń gorącym latem.
Koniec miesiąca oznacza też, że na bloga wpadają ulubione kosmetyki - takie, po które najczęściej sięgałam w czerwcu.


Nie od dzisiaj wiadomo, że uwielbiam testować kosmetyki Lush, nawet jeśli nie wszystkie były strzałem w dziesiątkę. Tym razem całe trio okazało się idealne - Brazened Honey, Mask of Magnaminty i Let the good times roll.


 Brazened Honey to świeża maska o dość intensywnym zapachu. W składzie znajdziemy między innymi miód, migdały, imbir i kurkumę. Zapach maski jest dla mnie przyjemny, ale pewnie dla części z Was będzie zbyt intensywny. Zbyt duża ilość nałożona na twarz może działać rozgrzewająco.


Let the good times roll pachnie tak słodko i przyjemnie, że najchętniej bym zjadła ten czyścik. Jeden z bardziej peelingujących czyścików Lush. Raczej nie nadaje się jako jedyny produkt do oczyszczania twarzy. Ja stosuję go jako ostatni etap oczyszczania, czyli jako peeling.


Mask of Magnaminty miałam już kiedyś w innej wersji (Selbstkonversierend) i nie byłam do końca zachwycona. Ta wersja jest dużo bardziej intensywna - bardziej miętowa, odświeżająca i pozostawiająca uczucie świeżości na skórze. W składzie między innymi miód, mięta i pieprz. Jak pachnie? Jak słynne czekoladki After Eight!


Marka Origins interesowała mnie już od dłuższego czasu. Różane kosmetyki są cudowne, dlatego nic dziwnego, że i ta maska została moją ulubioną. Mowa oczywiście o Original Skin Retexturing Mask with Rose Clay.

Skin Ceuticals SPF50 otrzymałam od Agaty z agatamanosa w prezencie. Jest to mineralny filtr, pozostawia skórę super miękką i aplikacja podkładku to czysta przyjemność. Dla porównania - matujący filtr z vichy pozostawiał moją skórę podrażnioną i tępą w dotyku. Aplikacja podkładu była koszmarem. 


Maskara Too Faced - Better Than Sex. Z tym produktem mam dość burzliwy związek. Można powiedzieć, że tak bardzo jak czasami ją kocham, to czasami tak samo bardzo jej nienawidzę. Ma takie dni, że potrafi osypać się niemiłosiernie, ale ma dni, kiedy trzyma się nienagannie. Za co ją kocham? Że po dwóch warstwach tuszu zamiast rzęs mamy wachlarz. I trafia do ulubieńców, bo używałam ją przez cały czerwiec prawie codziennie. Niestety w stosunku cena/jakość maskary L'Oreal wypadają zdecydowanie lepiej. Jeśli kupię ponownie to skuszę się na nową wodoodporną wesję.

Maskara do brwi - L'Oreal Brow Artist Plumper, to mój pierwszy tego rodzaju produkt, więc się zachwycam. Pewnie sięgnę po niego jak się skończy. Na wakacje stawiam na lekki makijaż, więc będzie używany jedynie na jakieś wieczorne wypady na miasto.


Zamiast podkładu na upalne dni sięgam po krem BB Missha w kolorze No.21. Jest lekki, dobrze stapia się ze skórą, a przy okazji całkiem porządnie kryje.  Kolejną zaletą jest wysoki filtr, który posiada. Ostatnio Colorstay źle wygląda na mojej buzi, ale ten krem BB naprawdę daje radę!

Ponieważ pogodę mamy, jaką mamy - gorącą przeokropnie, więc bez pudru bambusowego Paese ani rusz! Dobry mat, trochę źle współpracuję z tym całym "sitkiem", ale jakoś dajemy radę. Przynajmniej się nie świecę jak choinka na Święta.

czwartek, 5 maja 2016

Mini recenzje - MAC, LOREAL, MAYBELLINE.

Kosmetyki zakupione bardzo dawno temu. Jeśli mnie pamięć nie myli to nawet jakoś we wrześniu. Zrobiłam zdjęcia i zakopałam w czeluściach komputera zupełnie o nich zapominając.

Część z nich już dawno się skończyła, inne natomiast służą mi do dziś. Zapraszam na krótki post z mini recenzjami na temat produktów.

Na pierwszy rzut idzie szminka MAC w kolorze Hang-up o wykończeniu Cremesheen.


Jest to dość ciemny kolor, więc jeśli chodzi o mnie to zdecydowanie wieczorowy. Wykończenie gwarantuje nam dość mocną pigmentację. Jest to moja druga szminka z MAC - pierwsza Plumful jest zdecydowanie dzienna i delikatna (wykończenie Lustre), używam ją znacznie częściej niż tej.


Następnie moje trzy pierwsze (pewnie nie ostatnie) cienie z MAC. Kolejno od lewej: All that glitter, Cranberry i Twinks. Pierwszy to cudowny, rozświetlający cień o wykończeniu veluxe pearl. Używam go samego na całą powiekę, jeśli nie mam czasu na bardziej ambitny makijaż lub aby rozświetlić wewnętrzny kącik oka. Kolejny, dość jesienny jak dla mnie - Cranberry (Frost). Idealny dla ciemnych oczu, pięknie wydobywa ich brąz, zwłaszcza w połączeniu z brązowym cieniem. Jest fajną alternatywą właśnie dla tych naszych bezpiecznych brązów.
Ostatni z nich - Twinks to ciemny brąz o wykończeniu Veluxe Pearl i muszę przyznać, że pracuje mi się z nim najsłabiej - ciężko się blenduje, na koniec dnia zbiera w załamaniach powieki.
Mam ochotę wypróbować go ze słynną bazą Urban Decay - może wtedy będzie nam się lepiej współpracowało.


Maskary z L'Oreal na stałe zrobiły sobie miejsce w mojej kosmetyczce, a już szczególnie seria Volume Million Lashes. Już nie taka nowa wersja Feline okazała się strzałem w dziesiątkę. Kupuję na zmianę z fioletową wersją - Couture. Zdecydowanie polecam, strasznie podoba mi się wyprofilowanie szczoteczki!

Liner w pisaku - Superliner Superstar L'Oreal miał nauczyć mnie robienia ładnych kresek, których robić nie umiem. Całkiem przyjemnie się z nim pracuje, chociaż kresek dalej robić nie umiem.

No i na koniec matowy cień Color Tattoo w kolorze Creme de Nude. Miała być fajna matowa baza pod cień lub nakładany solo. Okazało się, że zupełnie nie współgra z kolorem mojej skóry.

środa, 30 marca 2016

LUSH, czyli o dwóch świeżych maskach.

Markę Lush poznałam już dawno temu, ale dopiero w wakacje udało mi się zdecydować się na zakup czegokolwiek.

Dużą ciekawość wzbudziły we mnie oczywiście świeże maseczki i najchętniej kupiłabym wszystkie naraz. Największą ich wadą jest oczywiście krótki termin ważności, co jednak niezbyt skutecznie zniechęca mnie do wypróbowania każdej z nich.

Tym razem wybór padł na dwie świeże maski - Cranberry, która jest limitowaną, świąteczną maską oraz The Sacred Truth.

Świeża maska The Sacred Truth


Maseczka ma na celu nawilżenie skóry i wygładzenie. Ja stosowałam je na moje przesuszone policzki. Wchłaniała się prawie całkowicie w zależności od stopnia suchości. Nadmiar można usunąć chusteczką, albo po prostu zmyć. Zapach mnie osobiście do gustu nie przypadł, ale nie był też jakiś zły. Sama maseczka również nie skradła mojego serca i chociaż dobrze nawilżała to jakoś ta kleista formuła mnie nie przekonała. Dorzucając do tego cenę i krótki termin ważności mogę stwierdzić, że więcej do niej nie wrócę.


Skład:
Honey , Glycerine , Kaolin , Talc , Fresh Papaya (Carica papaya) , Soya Yoghurt (Glycine soja) , Bentonite Gel , Organic Evening Primrose Oil (Oenothera Biennis) , Lanolin , Fair Trade Shea Butter (Butyrospermum parkii) , Extra Virgin Coconut Oil (Cocos nucifera) , Fresh Organic Free Range Eggs , Fragrance , Ylang Ylang Oil (Cananga odorata) , Rose Absolute (Rosa damascena) , Lavender Oil (Lavandula augustifolia) , Rosewood Oil (Aniba rosaeordora) , Fresh Wheatgrass (Triticum Aestivum Vulgare) , Organic Ginseng Root Powder (Panax Ginseng) , Green Tea Powder (Camelia sinensis) , Ginkgo Leaf Powder (Ginkgo biloba) , Bee Pollen , *Benzyl Benzoate , *Citronellol , *Farnesol , *Geraniol , *Limonene , *Linalool . *Occurs naturally in essential oils



Świeża maska Cranberry



Jest wersją limitowaną, czyli taką, która pojawia się na Święta Bożego Narodzenia. Pokochałam ją od pierwszego użycia. I to kolejny dowód na to, że dużo lepiej sprawdzają się u mnie maski na bazie glinki. Pachnie cudownie, działa cudownie i jest moją ulubioną. Gęsta, można gołym okiem zauważyć kawałki żurawiny. Kupiłam, bo pomyliła mi się z maską Rosy Cheeks, ale na pewno do niej wrócę! Szkoda tylko, że będę musiała poczekać prawie 8 miesięcy zanim znowu ją dorwę.


Skład:
Kaolin, Cranberries (Vaccinium macrocarpon), Glycerine, Organic Silken Tofu, Fennel Seed Infusion (Foeniculum vulgare), Argan Oil (Argania spinosa), Talc, Fresh Fennel (Foeniculum vulgare), Fresh Chicory (Cichorium intybus), Rose Clay (Kaolinite), Bentone (Hectorite), Patchouli Oil (Pogostermon cablin), Lemongrass Oil (Cymbopogon citratus), Sandalwood Oil (Santalum austro-caledonicum vieill), Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Citral, Citronellol, Coumarin, Geraniol, Limonene, Linalool, Perfume.


Ponieważ Lush kusi mnie nieustannie. Na pewno mam ochotę wrócić do Mask of Magnaminty i Sea salt, wypróbować maskę Cupcake, Rosy Cheeks i Brazened Honey. 







poniedziałek, 21 marca 2016

Powrót! Przegląd instagrama.


Mimo, że blog umarł na dłużej niż tego chciałam, to jednak wciąż pojawiały się posty na moim instagramie, czasami częściej, a czasami rzadziej.

Powroty są zawsze najtrudniejsze, a przez ten czas nie zaprzestałam ani zużywania kosmetyków, ani ich kupowania, więc nadrobienie tych wszystkich postów byłoby wręcz niemożliwe.

Trzeba ruszyć dalej, dlatego, postanowiłam jedynie zrobić mały update związany z tym co pojawiało się przez ten czas na instagramie.


Od prawej: (1) Planeta Organica - Black Moroccan Hair Mask, skusiłam się wieloma pozytywnymi recenzjami, uwiódł mnie zapach, ale chyba działanie nie do końca. (2)(3)Napad na Lush - świeże maski: Cranberry & The Sacred Truth, oraz czyścik Buche de Noel + odżywka Oil Wonders z Matrixa z którą bardzo się polubiłam.
























Od prawej, góra: (1) Maska Original Skin - Retexturizing Mask with Rose Clay - w końcu poznam! (2) Real Technique Sponge - nie wiem jak mogłam bez niej żyć! (3) Jajko zapiekane w awokado - ostatnio ulubione śniadanie. 
Od prawej, dół: (4) Gnocchi z batatów i mąki ryżowej z pestkami słonecznika, pietruszką i olejem dyniowym - obiad idealny! (4) Szczoteczka Clarisonic w końcu u mnie! (5) Książka Ewy!

About Me

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka