poniedziałek, 4 lipca 2016

Ulubieńcy czerwca - LUSH, ORIGINS, SKINCEUTICALS, TOOFACED, LOREAL, MISSHA i PAESE.

Wakacje pełną parą, a to oznacza, że czerwiec już za nami. Gorące dni sesji już minęły i można już cieszyć się bez ograniczeń gorącym latem.
Koniec miesiąca oznacza też, że na bloga wpadają ulubione kosmetyki - takie, po które najczęściej sięgałam w czerwcu.


Nie od dzisiaj wiadomo, że uwielbiam testować kosmetyki Lush, nawet jeśli nie wszystkie były strzałem w dziesiątkę. Tym razem całe trio okazało się idealne - Brazened Honey, Mask of Magnaminty i Let the good times roll.


 Brazened Honey to świeża maska o dość intensywnym zapachu. W składzie znajdziemy między innymi miód, migdały, imbir i kurkumę. Zapach maski jest dla mnie przyjemny, ale pewnie dla części z Was będzie zbyt intensywny. Zbyt duża ilość nałożona na twarz może działać rozgrzewająco.


Let the good times roll pachnie tak słodko i przyjemnie, że najchętniej bym zjadła ten czyścik. Jeden z bardziej peelingujących czyścików Lush. Raczej nie nadaje się jako jedyny produkt do oczyszczania twarzy. Ja stosuję go jako ostatni etap oczyszczania, czyli jako peeling.


Mask of Magnaminty miałam już kiedyś w innej wersji (Selbstkonversierend) i nie byłam do końca zachwycona. Ta wersja jest dużo bardziej intensywna - bardziej miętowa, odświeżająca i pozostawiająca uczucie świeżości na skórze. W składzie między innymi miód, mięta i pieprz. Jak pachnie? Jak słynne czekoladki After Eight!


Marka Origins interesowała mnie już od dłuższego czasu. Różane kosmetyki są cudowne, dlatego nic dziwnego, że i ta maska została moją ulubioną. Mowa oczywiście o Original Skin Retexturing Mask with Rose Clay.

Skin Ceuticals SPF50 otrzymałam od Agaty z agatamanosa w prezencie. Jest to mineralny filtr, pozostawia skórę super miękką i aplikacja podkładku to czysta przyjemność. Dla porównania - matujący filtr z vichy pozostawiał moją skórę podrażnioną i tępą w dotyku. Aplikacja podkładu była koszmarem. 


Maskara Too Faced - Better Than Sex. Z tym produktem mam dość burzliwy związek. Można powiedzieć, że tak bardzo jak czasami ją kocham, to czasami tak samo bardzo jej nienawidzę. Ma takie dni, że potrafi osypać się niemiłosiernie, ale ma dni, kiedy trzyma się nienagannie. Za co ją kocham? Że po dwóch warstwach tuszu zamiast rzęs mamy wachlarz. I trafia do ulubieńców, bo używałam ją przez cały czerwiec prawie codziennie. Niestety w stosunku cena/jakość maskary L'Oreal wypadają zdecydowanie lepiej. Jeśli kupię ponownie to skuszę się na nową wodoodporną wesję.

Maskara do brwi - L'Oreal Brow Artist Plumper, to mój pierwszy tego rodzaju produkt, więc się zachwycam. Pewnie sięgnę po niego jak się skończy. Na wakacje stawiam na lekki makijaż, więc będzie używany jedynie na jakieś wieczorne wypady na miasto.


Zamiast podkładu na upalne dni sięgam po krem BB Missha w kolorze No.21. Jest lekki, dobrze stapia się ze skórą, a przy okazji całkiem porządnie kryje.  Kolejną zaletą jest wysoki filtr, który posiada. Ostatnio Colorstay źle wygląda na mojej buzi, ale ten krem BB naprawdę daje radę!

Ponieważ pogodę mamy, jaką mamy - gorącą przeokropnie, więc bez pudru bambusowego Paese ani rusz! Dobry mat, trochę źle współpracuję z tym całym "sitkiem", ale jakoś dajemy radę. Przynajmniej się nie świecę jak choinka na Święta.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

About Me

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka